środa, 14 kwietnia 2021

Moja służba wojskowa w Bemowie Piskim, czyli wspomnienie niedoszłego generała, cz. 5

 

Mój pluton na poligonie w Bemowie Piskim, IV 1990 r.



Od lewej do prawej: Tomasz Sz., Dariusz M., Andrzej K.,
Damian R., czyli ja (he he he), Marek Sz,
nasza kwatera w koszarach w Bemowie Piskim, IV-V 1990 r.


Rakieta typu "Wołchow",
czyli zestaw rakietowy S-75M


Rakieta typu "Dźwina",
czyli zestaw rakietowy SA-75


Rakiety typu "Newa",
czyli zestaw rakietowy S-125


Wojskowa codzienność służby

Codzienność życia w koszarach to ciąg rutynowych czynności zaczynających się od porannej zaprawy fizycznej, zajęciach w ciągu dnia i posiłkach, a na wieczornym apelu i capstrzyku kończąc. Różnica w pobycie do przysięgi i na po przysiędze polegała na tym, że do przysięgi zabierano nam nieliczne wolne chwile jakie mieliśmy popołudniami. Z kolei po przysiędze nagle mieliśmy dużo wolnego czasu, zwłaszcza w dni wolne. 

W wojskowym slangu łóżka na których spaliśmy nazywano „wozami”. Kapral B. opowiadał z wielką nostalgią o tym, że kiedyś to wojsko w Bemowie było lepsze. A było lepsze dla takich jak on, dowódców niższego szczebla i różnego rodzaju cwaniaków, bo taki „stary” (czyli żołnierz przebywający w jednostce od dawna) leżał na takim „wozie” i odpoczywał, a „młody” (czyli rekrut, albo młodszy stopniem lub pobytem w wojsku) pilnował tego „starego”, aby go „cienizna nie zeżarła” (czyli był zmuszony stać przy nim bez sensu). Oczywiście był też na każde zawołanie takie „starego” czy kaprala, a często musiał mu nie tylko usługiwać, ale też płacić za jego drobne zachcianki np. papierosy. Była to oczywiście „fala” (czyli przemoc psychiczno-fizyczna wobec słabszych) w najczystszej postaci, ale wszyscy przymykali na nią oko póki była w pewnych granicach. Wszyscy, czyli trepy, udawali że jej nie widzą, bo była im na rękę w uporaniu się z wychowywaniem krnąbrnych ich zdaniem jednostek. 

W okresie mojego pobytu w wojsku, a już na pewno w SPR takiej „fali” na pewno już nie było, choćby z tego powodu, że czasy się zmieniły i władze polityczne państwa nakazały tzw. „humanizację” wojska, czyli ludzkie traktowanie żołnierzy służby zasadniczej i podchorążych. Ale w tej jednostce musiały wcześniej być różne nieprawidłowości, skoro jeden z naszych poprzedników w SPR opisał je w słynnym wówczas demaskatorskim artykule pt. „Jednolity monolit”. Na samo wypowiedzenie tego tytułu wszystkie trepy drżały ze złości i strachu. I było tak nie bez powodu, bo z tego co słyszeliśmy kilka osób straciło przez opisane w nim artykuły pracę lub została przeniesiona do innych jednostek.

W czasach mojej służby poranna zaprawa fizyczna polegała na wstępnych ćwiczeniach gimnastycznych na stojąco w celu rozruszania się, a następnie na tzw. marszobiegu. Podczas tego ostatniego wykonywano dodatkowe ćwiczenia, co było dość uciążliwe zwłaszcza dla mniej wysportowanych osobników. Sprawiała też trudności osobom noszącym okulary, bo przy intensywnych skłonach czy wymachach głowy mogły one spaść i się potłuc, a co najmniej zaparować lub się zabrudzić. Ale to nikogo nie obchodziło, bo takie jest prawo wojska oparte na przemocy. W okresie przed przysięgą zaprawę tę prowadzili kaprale spoza SPR, potem zawsze podchorąży dyżurny spośród kadetów szkoły. Oczywiście także te ćwiczenia były opisane w regulaminach wojskowych. Najczęściej odbywały się ona na placu ćwiczeń przed SPR. 

Choć miałem kategorię zdrowotną A3, i powinienem mieć od początku zwolnienia z pewnych czynności wysiłkowych, np. porannej zaprawy fizycznej, to początkowo moje wskazywanie na ten fakt nie robiło na nikim wrażenie, a już najmniejsze na kapralach ze służby zasadniczej przyzwyczajonych do gonienia rekrutów jak przysłowiowych „psów”. Z tego powodu przez pierwsze dni musiałem uczestniczyć w tych porannych zaprawach fizycznych, co dla mnie było wyjątkowo uciążliwe i groźne dla zdrowia (bo z powodu wysokiej krótkowzroczności już wtedy istniała u mnie groźba odklejenia się siatkówki oka).

Dopiero z dniem 6 lutego otrzymałem od lekarza wojskowego w jednostce stosowne zaświadczenie i odtąd nie musiałem czasowo już uczestniczyć w porannych zaprawach fizycznych. Czasowo, bo tylko na pewien czas, potem takie zwolnienie dał mi dowódca naszego plutonu, dzięki czemu nie straciłem w tym wojsku resztek zdrowia. Budziło to dużą zazdrość kolegów z plutonu w jakim byłem, w tym także kolegów z sali na jakiej spałem. Z tego powodu obarczono mnie obowiązkiem jej sprzątania podczas ich obecności na zaprawach. Na szczęście w dużym stopniu była to formalność, a samo sprzątanie ograniczało się do jej pozamiatania.

W dniu 11 kwietnia dostałem od lekarza wojskowego w jednostce zwolnienie z ćwiczeń w polu dzięki temu nie musiałem uczestniczyć w szkoleniach na poligonie. Jak się okazało, takie zwolnienia dostali wszyscy podchorążowie z kategorią zdrowia A3, a więc nie tylko ja.

Oczywiście sami praliśmy sobie swoją bieliznę, tj, głównie skarpety, ale też podkoszulki, majtki itp. Wszystko było dobrze zimą jak grzały  kaloryfery. Problem zrobił się wiosną, gdy z godnie z regulaminem je wyłączono, gdy faktycznie na dworze nadal było zimno. To wtedy wszystko bardzo słabo schło i niekiedy człowiek chodził w takich nie dosuszonych rzeczach.

Szkolenie wojskowe

Na codziennych zajęciach teoretycznych odbywających się prawie każdego dnia roboczego do południa prowadzący je oficerowie opowiadali nam, o uzbrojeniu jakie znajdowało się w koszarach w jakich byliśmy, a w szczególności o systemach obrony przeciwrakietowej znajdujących się w naszej jednostce z obsługą których wkrótce mieliśmy się zapoznać, a także o uzbrojeniu lotniczym NATO. Zajęcia te odbywały się w salach wykładowych w budynku szkoleniowym przypominającym typową komuszą szkołę z wielkiej płyty, albo w hangarach po dawnych stajniach, gdzie znajdowały się militaria poglądowe, czyli rakiety i różne inne urządzenia. Jednego dnia ględzili nam o wózkach do przewozu rakiet, a innego o samych rakietach – w sumie już wówczas mocno zabytkowych. Ale szkolono nas też z historii wojskowości, w tym czasie były to już wykłady o niedobrych bolszewikach i zwycięskiej armii polskiej odganiającej ich w 1920 r. spod Warszawy – rzecz nie do pomyślenia na szkoleniu wojskowym jeszcze ze dwa lata wcześniej.

Wszystkie plutony podzielone były zadaniowo, a zadaniem naszego plutonu było zabezpieczenie techniczne zestawu obrony przeciwrakietowej jakie obsługiwały trzy inne plutony. Oczywiście przeszkolono nas także w zakresie obsługi tych zestawów rakietowych, w tym w odczycie radarów, tak abyśmy mieli o tym jakiekolwiek pojęcie.

Ponadto wykładano nam podstawy współczesnego pola walki, zabezpieczenia logistycznego, dowodzenia, obrony, natarcia, taktyki, itp. Najgłupsze w tym wszystkim było to, że wiele rzeczy z tego szkolenia było utajnione, np. skrypty z opisem budowy i obsługi rakiet o jakich nasz uczono. Oficer za każdym razem przynosił nam te skrypty pobrane z zamykanej szafy pancernej, a po zajęciach od razu nam je zabierał, więc nawet jakby ktoś chciał się samodzielnie bardziej dogłębnie zapoznać z tymi treściami to nie mógł, bo nie miał jak.

Ta szpiegomania i tajność rodem prosto ze stalinizmu były tym głupsze, gdy człowiek uzmysłowi sobie, że Rosjanie mieli od dawna te rakiety, bo je przecież zbudowali. Rakiety te mieli od dawna, i dobrze poznali, także Amerykanie (wtedy już sojusznicy) bo je zestrzelili lub zdobyli w nienaruszonym stanie podczas konfliktów zbrojnych w różnych częściach świata. Przeważnie zdobyli je na Bliskim Wschodzie, o czym nam mówili sami oficerowie prowadzący zajęcia. Jestem pewien, że w praktyce było tak, że jako szkoleni żołnierze do obsługi tych zestawów rakietowych byliśmy mniej obeznani z ich budową i obsługą niż nasz nie jeden rzekomy potencjalny wróg. A ja już na pewno, bo dosłownie nic nie rozumiałem z tych inżynierskich wykładów, a zresztą nie mogłem ich słyszeć, bo z reguły stałem lub siedziałem gdzieś z tyłu, a trep prowadzący mówił coś sobie a muzom, a ja go dosłownie nie słyszałem. Z kolei z powodu dużej wady wzroku nie widziałem co nam ci oficerowie na slajdach pokazywali. W sumie czułem się na tych zajęciach jak dobry wojak Szwejk: nic nie widziałem, nic nie słyszałem i nic z tego nie rozumiałem.

Osobną kwestią było oswajanie nas z prawdziwą bronią: tą osobistą jak karabiny jak i tą docelową jaką były rakiety. Po raz pierwszy dano nam broń do ręki już w okresie przed przysięgą, a dokładniej 9 lutego w celu jej oglądu i zapoznania się z jej budową. Poszliśmy po nią do magazynu mieszczącego się w jednym z pomieszczeń budynku w którym byliśmy skoszarowani. Wówczas po raz pierwszy w życiu trzymałem w ręku prawdziwą broń palną, a był nią karabinek AKMS kal. 7,62 mm z metalową składaną kolbą produkowany na potrzeby LWP od 1972 r. Był to karabin powstały na bazie radzieckiego karabinu automatycznego AKM z 1958 r. produkowanego przez radziecki koncern Kałasznikowa. Karabinek ten nie załadowany ważył ok. 3,42 kg. Jak wszyscy rekruci na tym etapie szkolenia uczyliśmy się go rozbierać i składać, a w przyszłości mieliśmy też niego strzelać, co było oczywistym celem szkolenia wojskowego. Potem jeszcze kilka razy dawano nam tę broń do czyszczenia i przeglądu. Przy jej oddawaniu za każdym razem skrupulatnie sprawdzano jej numery seryjne i dokonywano oglądu każdego egzemplarza broni. Najczęściej robił to ten sam sierżant J. R., który wydawał nam łachy z magazynu wojskowego.

Kolejnym etapem tego szkolenia z broni, było jej praktyczne używanie na strzelnicy znajdującej się na poligonie. Po raz pierwszy poszliśmy na tę strzelnicę ukrytą za pasem lasu w dniu 22 marca razem dowódcą ppor Robertem Panasowcem. Strzelaliśmy wtedy jedynie ślepymi nabojami. W sumie to strzelanie może jest i fajne, zwłaszcza dla „chłopców” (nawet wyrośniętych jak my), ale dla mnie przymusowo wcielonego w kamasze i z moją wadą wzroku nie było to zbyt przyjemne doświadczenie.

Ostatni raz byłem na strzelnicy po południu 30 kwietnia. Pamiętam, że tego dnia musieliśmy iść na tę strzelnicę po południu, aby zrealizować plan szkolenia, a w terminach do południa nie było już wolnego ani jednego dnia. Tego dnia dowodził nami ppor A. którego szczerze nie lubiłem, bo był cyniczny i złośliwy. Wszyscyśmy wtedy strzelali, ale tylko ja miałem „zero” trafień. Wtedy on zaczął mnie wyśmiewać, że nie umiem trafić ani raz do celu, a ja odpowiedziałem mu z nieukrywaną złością, że do tarczy nie widzę, ale jego widzę doskonale. Od tego czasu już ani razu nie musiałem iść na strzelnicę, a w drodze powrotnej nie musiałem też nieść ciężkich skrzyń z amunicją, choć na pewno tego trepa korciło, aby zrobić mi na złość i kazać mi coś nieść za karę. 

W ramach zajęć praktycznych z dowodzenia i topografii wyprowadzono nas kilka razy w teren. Do rąk dano nam kartki papieru i kredki z nakazem narysowania planu ataku na jakiś obiekt, czy jego opisanie pod względem wojskowym. Pamiętam, że kiedyś chodziliśmy prawie cały dzień w słońcu i coś tam malowaliśmy, jak dzieci w przedszkolu, a nasze dzieła były tak debilne, że nawet najgłupsi z nas wiedzieli, że to kompletna lipa. Gdy więc na koniec dnia dowództwo kazało nam oddać te wytwory naszej wyobraźni do oceny to przepełnił nas lęk. Ale oczywiście wszyscy zdaliśmy te zajęcia, choć ja nawet dzisiaj się dziwię, że nikogo z nas nie rozstrzelano za te bazgroły.

W ramach zajęć praktycznych z obsługi rakiet zabrano nas kiedyś doi punktu kontroli rakiet w takim przewoźnym busie, gdzie było ciemno jak wiadomo gdzie i gdzie stało od cholery rożnego elektronicznego ustrojstwa, w tym wizjery pokazujące tor lotu rakiet. Jako niedowidzący prawie nic tam nie widziałem, a jedyne co pamiętam z tego szkolenia, to wszechogarniająca ciemność wnętrza tego pojazdu. Kiedyś zabrano nas autami z rakietami na przejażdżkę w teren. Problem polegał jedynie na tym, że część tych starych, pamiętających lata 30. ciężarówek (przynajmniej konstrukcyjnie) nawet nie ruszyła. Owszem, była pięknie wymalowana różnokolorową farbą, ale niesprawna i przestarzała.

Jeszcze gorzej było jeśli chodzi o samo szkolenie ze strzelania rakietami. Podczas pobytu w tej rakietowej jednostce nie oddaliśmy ani jednego strzału rakietą, bo była to zbyt droga zabawa i nawet trepy wiedziały, że danie nam choćby jednego takiego wystrzału jest czystym marnowaniem pieniędzy. Taka postawa była tym bardziej uzasadniona, że nawet oficerowie którzy nas uczyli skarżyli się na to, że w swym wojskowym życiu strzelali takimi rakietami góra ze dwa razy.

Niekiedy, raczej bardzo rzadko, prowadziłem też zajęcia wojskowe dla żołnierzy służby zasadniczej w imieniu oficerów. O ile z zakresu wychowania patriotycznego mogłem to zrobić bez problemu, bo były to sprawy historyczne, to w wypadku fachowych zajęć wojskowych dotyczących artylerii i rakiet były one bardzo kiepskie, bo sam nie miałem o tym pojęcia.

Na końcu tego szkolenia wojskowego był egzamin, który wszyscy musieli zdawać. Wcześniej trepy wszystkimi sposobami próbowały nas zmusić do uczenia się na niego. Ale problemem było to, że nie było z czego się uczyć, nawet jakby ktoś chciał to robić. Ostatecznie egzamin ten w postaci konieczności przygotowania pisemnych odpowiedzi na pytanie problemowe odbył się 18 czerwca. Mogliśmy korzystać ze wszelkich pomocy naukowych i pomagać sobie nawzajem. Każdy z plutonów egzaminowali ci oficerowie, którzy prowadzili z nim zajęcia. Zgodnie z przewidywaniami regulaminów wojskowych - wszyscy go zdali. 

W trakcie pobytu w wojsku wszyscy z nas stopniowo awansowali, choć byli też podchorążowie degradowani, np. ten co z powodu pijaństwa nie wrócił na czas z przepustki. Najwyższym stopniem jaki można było osiągnąć był stopień plutonowego podchorążego. I taki stopień przypadł w udziel tylko jednej osobie – prymusowi naszego SPR (Jacek K.). Ja dosłużyłem się stopnia starszego kaprala podchorążego i to był drugi najwyższy stopień jaki można było osiągnąć. Ale ja nie ]byłem tu już jedyny, a jednym z kilku takich osób. Większość dostała stop[nie kaprala podchorążego.

Na wyjściu (a już i wcześniej, na WKU) straszono nas, że po tej jednostce ciągle będziemy wzywani na szkolenia. Ale mnie nigdy nie wzywano na takie szkolenie, choć wiem, ze niektórzy z kolegów z SPR w jakim byłem na pewno na takich przymusowych szkoleniach potem byli.

Odwiedziny Ojca

Wielkim wydarzeniem podczas mojego pobytu w wojsku były odwiedziny mojego Ojca Leonarda. Była sobota i siedziałem w swojej kwaterze, gdy nagle zostałem wezwany do izby odwiedzin. Okazało się, że siedział tam mój nie żyjący już od 11 lat Ojciec. Okazało się, że postanowił on spełnić swoje marzenie i wraz z kilkoma innymi osobami zrobić sobie wczasy w na łódkach w Mikołajkach (z Bemowa było do nich jakieś 30 km). Ojciec przyjechał sam, bo Mam musiała pilnować gospodarstwa rolnego jakie mieliśmy. Nawiasem mówiąc moi rodzice nigdy nie byli na wczasach. Ich życie było ciężkie, bo polegało tylko na pracy i oszczędzaniu. Miało to duży wpływ także na życie moje i brata, bo tym sposobem my także nigdy nie byliśmy na wczasach. Dlatego cieszę się, że Ojciec choć ten jeden raz zrobił w życiu coś, co mu przyniosło szczęście. Tak nawiasem mówiąc ja tam wody nie lubię (oprócz ognistej) i na żadne łódki w życiu bym nie pojechał, chyba że pod przymusem. 

Kadra

W czasie mojego pobytu w wojsku dowódcą jednostki wojskowej w Bemowie Piskim był płk Jan Kosztowniak. To już wtedy był mężczyzna ok. 50-letni i raczej dość nieprzyjemny. My podchorążowie mieliśmy  z nim kontakt jedynie podczas apeli całej jednostki. Ale los sprawił, ze ja i kilku innych kolegów z SPR miało z nim także bliższy kontakt, a to za sprawą strajku żywieniowego do jakiego doszło w naszym SPR (o czym nieco dalej). Poszliśmy do niego negocjować sprawę poprawy wyżywienia, a dokładniej zwiększenia porcji, co przyniosło tylko częściową poprawę. Jego głównym zmartwieniem jako komendanta było to, że żołnierze chodzą w nie dość napastowanych butach i raczej mało się przejmował tym w jakich warunkach mieszkają, czy jakie mają samopoczucie.

Jego zastępcą ds. wychowawczych był płk Apoloniusz Siekański, wcześniej zastępca ds. politycznych, czyli tzw. politurk. Słyszałem o nim, ale nie miałem z nim do czynienia, więc nie mogę powiedzieć o nim nic więcej. Za to mieliśmy zajęcia z wychowania obywatelskiego (praktycznie z historii wojskowości i najnowszej) z jego podwładnymi: majorem Zbigniewem Olszańskim i majorem Władysławem Żebrowskim. Ten pierwszy napisał potem książkę pt. „Wojska Rakietowe Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej” (1995). A z tym drugim podczas pobytu w wojsku często rozmawiałem i załatwiałem mu różne rzadkie wówczas książki historyczne, a z czasem nawet go polubiłem, bo dał się lubić. Z kolei on pisał potem różne teksty historyczne i publikował je w lokalnej prasie, w tym o kompanii karnej przy jednostce w Orzyszu („Tu trafiali niegrzeczni żołnierze!”). 

W jednostce było także wielu innych starszych oficerów, ale my nie mieliśmy z nimi specjalnie do czynienia. Jedynym wyjątkiem był tutaj płk Norbert Paszak, już wówczas emeryt, który prowadził z nami rożne zajęcia np. z taktyki, przy okazji których i ubolewał nad tym, jak to „humanizacja” zepsuła szkolenie wojskowe. Gdy gdzieś z nim szliśmy to musieliśmy śpiewać, bo on uważał, że w wojsku należy śpiewać.

Dowódcą naszego SPR był porucznik Wojciech Talarek. Już podczas naszej służby, w dniu 9 maja dostał awans na kapitana. Po zlikwidowaniu SPR w Bemowie w połowie lat 90. został Szefem WKU w e Wrocławiu. On, podobnie jak podlegli mu młodsi oficerowie, przeważnie byli w naszym wieku lub nieco starsi, czyli mieli maksymalnie od 25 do 30 lat.

Dowódcą plutonu do jakiego należałem, a także naszym bezpośrednim opiekunem był ppor Robert Panasowiec zwany przez nas „Panasonikiem”. W wojsku pracował on jeszcze długo po naszym odejściu do cywila, co najmniej do początku XXI w. dochodząc do stopnia majora. Ale także jak Talarek, po rozwiązaniu SPR w Bemowie  musiał się przenieść do innej jednostki, a dokładniej do Centrum Szkolenia Sił Powietrznych w Koszalinie.

Było tam także wielu innych młodszych oficerów (poruczników i kapitanów), którzy prowadzili z nami zajęcia czysto wojskowe i techniczne. Wśród nich wspominam m.in. por. Wańczyk, por. Bartnikowski, kpt. Gnaś, mjr Nużyński, kpt. Nowacki, por. Waśkowski, kpt. Uljasz, kpt. Małota. Przeważnie byli to żołnierze kompetentni w swojej dziedzinie i oddani pracy, a także racjonalnie podchodzili do problemów życia w koszarach. Napisałem „przeważnie”, bo oczywiście także wśród nich były zwykłe mendy, jak np. ppor. A., który ciągle lubił wszystkim pokazywać kto tu rządzi i miał wszelkie zadatki na bycie sadystą. 

poniedziałek, 22 marca 2021

Moja służba wojskowa w Bemowie Piskim, czyli wspomnienie niedoszłego generała, cz. 4

 

Ja, jako przestraszony rekrut, czyli "młode wojsko" do przysięgi

Ja, jako "stare wojsko", co koszar się nie boi


O tym jak z rekruta stałem się żołnierzem

Każdy, kto miał do czynienia z wojskiem wie, że czas spędzony w koszarach, niezależnie od kraju i czasu, dzieli się na ten do przysięgi wojskowej i ten po przysiędze wojskowej. To dwa zupełnie różne etapy szkolenia wojskowego, nie tylko czasowo, bo ten pierwszy jest znacznie krótszy, ale za to bardzo intensywny, a ten drugi jest bardziej na luzie, ale za to trwa bardzo długo. Oczywiście ten „luz” ma swoje granice wyznaczone przez regulaminy wojskowe. Te podstawowe zasady służby wojskowej obowiązywały także podczas tych pięciu miesięcy, kiedy ja byłem w wojsku.

Mój okres rekrucki, czyli od przyjazdu do wojska do przysięgi wojskowej trwał przez 23 dni (wliczając w to wolne niedziele), a więc od 2 do 24 lutego 1990 r. Jak wszędzie, był to okres w którym uczy się w praktyce rekrutów, którym też byłem zasad panujących w życiu koszarowym. Podstawą ich wszystkich jest to, że wszystko trzeba robić na rozkaz. Dla cywilów jest to bardzo uciążliwe, zwłaszcza dla ludzi wychowanych w cieplarnianych warunkach i nie nawykłych do stresu. Ja tam nie byłem wychowany w nadmiernym cieple, ale też mnie to wkurzało, bo z kolei jestem osobnikiem, który z samej zasady nie lubi robić czegoś na rozkaz. Ale, jak inni byłem przestraszony i robiłem co mi kazano, choć wewnątrz mnie siedziało takie wielkie NIE i tylko czekało na ujawnienie swego prawdziwego oblicza. A to NIE było i nadal jest czymś irracjonalnym, nieokiełznanym, nieprzewidywalnym, dzikim, żądnym odwetu i objawiającym się także mnie w najmniej oczekiwanej chwili. Dlatego nawet ja zawsze się go bałem i często przez nie miałem sporo problemów w życiu, ale też to NIE zawsze było częścią mojej osobowości - tą mroczną.

Moje życie koszarowe do przysięgi wypełnione było do ostatniej minuty każdego dnia różnymi zadaniami jakie nam zlecali zawodowi żołnierze, czyli trepy. To oczywiście od dawna stosowana przez wojsko technika polegająca na tym, aby rekrutom zabrać cały czas każdego dnia, aby nie mieli wolnych chwil na rozmyślania, aby czuli się nieustająco zajęci i zagrożeni przez „niewidzialną rękę dowództwa”. Każdy roboczy dzień okresu do przysięgi czyli tzw. unitarki wyglądał tak samo: pobudka o godz. 5.45, potem poranna zaprawa fizyczna o godz. 6.00, potem toaleta i poranne sprzątanie o godz. 6.30, potem wyjście na śniadanie w godz. od 6.30 do 7.30, potem apel poranny w godz. od 7.30 do 7.45, potem przez następne kilka godzin (z przerwami) nauka musztry i zajęcia wojskowe, potem obiad o godz. 14.50, potem krótka przerwa po obiedzie, a na deser o godz. 16.00 dodatkowa nauka musztry, o godz. 17.00 kolejna krótka przerwa, o godz. 18.00 kolacja, o godz. 19.30 toalety, o godz. 20.30. apel wieczorny, 21.00 wieczorne sprzątanie, wreszcie o godz. 21.45 capstrzyk, czyli czas na sen. W niedziele i inne święta pobudka obowiązywała o godz. 7.00, a śniadanie było od godz. 8.00 do 8.30.

W sumie to mogę się mylić, co do niektórych tych godzin, a zwłaszcza z końcówki rozkładu dnia, bo niezbyt dokładnie to sobie kiedyś zapisałem, ale na pewno tak właśnie wyglądał rozkład mojego dnia do przysięgi wojskowej. Jedno jest pewne, że każdy roboczy dzień, w tym wszystkie soboty, niezależnie od tego czy w okresie przed przysięgą czy już po niej, zaczynał się i kończył tak samo. Zaczynał się od głośnej komendy podchorążego dyżurnego (do przysięgi byli to kaprale spoza SPR) słyszalnej przez nas nawet przez zamknięte drzwi sal o następującej treści: „Pobudka, pobudka, wstać! Podaję strój na poranną zaprawę fizyczną” i tutaj był podawany ten strój, w zależności od pogody, czyli np. w ciepłe dni był to zawsze dres i trampki, a zimne dodatkowo buty opinacze, kurtki, szaliki, rękawice i czapki. Z kolei wieczorem ten sam podoficer dyżurny chodził po korytarzach i donośnym głosem wydawał rozkaz: „Capstrzyk. Capstrzyk. Gasić światło”. Zarówno rano jak i wieczorem podoficer ten wchodził także do każdej sali aby oznajmić tę radosną nowinę i aby wszyscy jednoznacznie zrozumieli podany rozkaz, co do wstania lub spania. Tych komend także dokładnie nie pamiętam, ale to rutynowe zawołania na pewno uwiecznione w stosownych regulaminach wojskowych i z pewnością gdzieś je tam można znaleźć w posegregowanych trepowskich archiwach.

Regulaminy i musztra

Całe wojsko opiera się na regulaminach, porządku, dyscyplinie i rozkazach. Jako cywile ze wszystkim tym musieliśmy być zaznajomieni, stąd regulaminów uczono nas tych z cholernych regulaminowych kieszonkowych książeczek na pamięć, właściwych zasad higieny (zwłaszcza należytego golenia), czyszczenia butów, właściwego noszenia mundurów (zapinania wszystkich guzików, noszenie pasa na odpowiedniej wysokości), a zwłaszcza dyscypliny i posłuszeństwa. I faktycznie, bez dyscypliny trudno byłoby utrzymać porządek w gromadzie mężczyzn dodatkowo w przyszłości uzbrojonych. W każdym razie do przysięgi dbano o to, abyśmy nie mieli zbyt dużo wolnego czasu, a jak już ten czas był, abyśmy go poświęcali na dodatkową naukę musztry, a tym samym swego rodzaju zwizualizowanej dyscypliny.

Według wojskowej filozofii musztra jest ważna, bo wojsko na pierwszy rzut oka wygląda tak jak maszeruje. Najczęściej szkolenie z musztry odbywało się na placu do nauki musztry, gdzie wymalowano linie dla ułatwienia wykonywania różnych uczonych nas odruchów. A te zachowania to: oddawanie honorów starszemu rangą, występowania i wstępowania do szyku, zbiórek, a przede wszystkim marszu równym krokiem. Ponadto uczono nas tam prawidłowej postawy, tzw. równania i krycia, odpowiedniego wymachu ramion i tempa marszu. Celem tego szkolenia było uzyskanie mimowolnego mechanicznego wykonywania tych czynności. I choć te czynności pozornie wydają się łatwe, to jednak w praktyce ich wykonywanie przez większą grupę osób nie jest już takie proste, bo wymaga od nich koordynacji działania wszystkich z nich. Ja się obawiałem musztry, ale okazało się że całkiem dobrze mi idzie skręcanie głowy na rozkaz i wykonywanie innych równie debilnych poleceń, czego nie można było powiedzieć o niektórych z innych podchorążych, czemu nawet ja się dziwiłem.

Wiele czasu poświęcono na tłumaczenie nam tego, na czym będą polegały poszczególne etapy naszego szkolenia podczas pobytu w wojsku. W sumie jakby już wtedy mniej gadali o planach, a więcej nas szkolili, to na pewno było by to bardziej efektywne, ale w wojsku się nie dyskutuje tylko wykonuje rozkazy – nawet najbardziej absurdalne. Stąd oficerowie prowadzący mieli plan szkolenia, a tam pisało, że teraz zaznajamiają nas z planem tegoż szkolenia, to na s zaznajamiali – he he he.

Ponadto uczono nas słów przysięgi wojskowej, którą musieliśmy umieć na pamięć. W każdym razie im bliżej było terminu tej przysięgi, tym bardziej oficerowie odpowiedzialni martwili się stanem naszego przygotowania. A było się czym martwić, bo pomimo intensywnego treningu zajmującego nawet nasz wolny czas, to niektórzy podchorążowie ciągle nie mieli właściwego kroku marszowego czy też nie dość dokładnie umieli operować przechyłami głowy. Z tego powodu w ostatniej chwili dowódcza SPR porucznik Wojciech Talarek w porozumieniu z kierownictwem jednostki zdecydował, że nasza uroczysta przysięga wojskowa nie odbędzie się na ogólnodostępnym placu wojskowym przy udziale żołnierzy służby zasadniczej, a w zamkniętej przestrzeni Klubu Wojskowego na terenie koszar. Chciano w ten sposób ukryć naszą niekompetencję w zakresie umiejętności musztry, w porównaniu z wyszkoleniem żołnierzy służby zasadniczej.

Przysięga i pierwsza przepustka

Wraz z innymi kolegami przysięgę wojskową złożyłem w sobotę 24 lutego o godz. 9.00. Całość tej uroczystości trwała tylko 15 minut, a zaraz po niej wszyscy udaliśmy się do magazynu w celu zdania naszych uniformów wojskowych i pobrania naszych ubrań cywilnych, aby wreszcie móc po raz pierwszy od przyjazdu do wojska opuścić koszary i udać się na upragnioną przepustkę urlopową. W wojsku nie ma bowiem urlopów, a są tylko przepustki, czyli specjalne dokumenty uprawniające żołnierza do czasowego opuszczenia koszar.

Nasza droga powrotna do domu była już jednak inna niż ta jaką przyjechaliśmy, przynajmniej dla większości z nas. Była ona inna, może mniej uciążliwa niż dojazd niesławną kolejową „Strzałą Północy”, ale równie długa – przynajmniej podchorążych pochodzących ze Śląska. Ja i kilku kolegów dojeżdżaliśmy z ówczesnego województwa katowickiego, ale kilku chłopaków miało jeszcze znacznie dalszy dojazd, bo jeden pochodził z odległych rejonów Dolnego Śląska, a inny gdzieś tam z południowo-wschodniego krańca naszego kraju.

Zaraz po wyjściu z koszar, podobnie jak kilkunastu innych kolegów, udałem się na przystanek autobusowy w Bemowie, gdzie o godz. 10.00 wsiadłem do autobusu PKS jadącego w kierunku Warszawy. Do stolicy dojechaliśmy o godz. 14.30, a dalszą drogę odbyłem pociągiem, a dokładnie ekspresem, który dowiózł mnie go Gliwic. W domu byłem o godz. 19.30. Wejście do domu i powitanie z żoną było jedną z najpiękniejszych chwil mojego życia. Basia bardzo wypiękniła się z okazji mojego powrotu i przygotowała dla mnie ekskluzywną kolację. Rzadko kiedy i rzadko co, tak mi smakowało jak ta wieczorna kolacja.

Koszarowe życie codzienne

Koszarowe życie codzienne podchorążych było do szpiku kości przesiąknięte rutyną i nudą. Jak już odbębniliśmy swoje godziny na szkoleniu i strzelaniu to mieliśmy czas wolny. W codzienne dni nie było go aż tak wiele, bo tylko popołudnia, ale było go na tyle dużo, aby się móc nudzić. I nie chodziło o to, że byliśmy głupi nie mieliśmy koncepcji co by tutaj robić, ale o to, że w wojsku nie można robić wielu rzeczy, które by się chciało robić, bo  nie można lub mnie ma ku temu możliwości. Ten wolny czas jeszcze się nam zwiększył wraz z rządową decyzją, że od maja wszystkie soboty będą wolne od pracy, dzięki czemu nie mieliśmy już planowych wykładów tego dnia. Wcześniej jedynie wcześniej żeśmy kończyli te zajęcia.

W robocze dni tygodnia i w soboty i niedziele w wolnych chwilach czytałem różne monografie historyczne budząc tym zdziwienie kolegów, którzy raczej nie interesowali się historią. Przywoziłem je z przepustek do koszar ze sobą lub pożyczałem na miejscu w wojskowej bibliotece. W ten sposób przeczytałem biografie Hitlera, Churchilla i inne historyczne nudziarstwo, które myślałem że jeszcze do czegokolwiek będzie mi w życiu potrzebne. Oczywiście wiedza ogólna z historii powszechnej jest mi nadal potrzebna, ale jeszcze bardziej potrzebna jest mi wiedza regionalna, bo pracuję w regionalnym muzeum, a tutaj ważniejsze są pewne lokalne zdarzenia niż jakieś ogólne procesy historyczne. Z tego powodu raczej trzeba studiować historię regionalną, bo takie są potrzeby takiej pracy, a nie książki ogólne. Ale ja wtedy gdy czytałem te książki jeszcze o tym w pełni nie wiedziałem.

Koledzy z plutonu także czytali różne książki, tyle że przeważnie powieści. Pamiętam, że jeden koleś, ale nie z naszego pokoju, czytał wówczas w oryginale, czyli po angielsku trylogię „Władca pierścieni” Tolkiena czym wzbudzał powszechne zdziwienie i lekką zazdrość innych osób. Dość często przy tym zaglądał do słownika, bo spotykał się z słowami, z którymi nigdy wcześniej nie miał do czynienia, a na pewno dobrze już znał j. angielski. Jeszcze inny kolega, ale tym razem już z mojej sali ciągle uczył się j. angielskiego z jakiejś książki dla samouków. I jestem prawie pewien, że po wyjściu z wojska na stałe wyjechał do Wielkiej Brytanii poszukując lepszego życia.

Jednak naszymi najpowszechniejszymi rozrywkami były: oglądanie filmów, gra w karty i upijanie się. Filmy oglądaliśmy na trzy sposoby: w kinie garnizonowych, w naszej świetlicy za pośrednictwem znajdującego się tam magnetowidu lub w salach wykładowych, gdzie był sprzęt wideo przeznaczony do celów służbowych (wtedy gdy jakiś oficer nie mógł prowadzić zajęć wojskowych). Podczas pięciu miesięcy pobytu w wojsku zobaczyłem około 100 filmów, a więc więcej niż przez pięć lat studiów. Wiele z tych filmów to były wówczas kinowe hity, lub też filmy z nieustannie powiększającego się katalogu kaset VHS. Na repertuar filmów wyświetlanych w kinie garnizonowym nie mieliśmy wpływu, ale były to dobre tytuły grane także w cywilnych kinach w całej Polsce. Natomiast mieliśmy wpływ na repertuar filmów wyświetlanych na magnetowidach z kaset VHS, bo były one przynoszone przez naszych kolegów podchorążych. Także tutaj było wiele znanych tytułów, choć wówczas przynajmniej połowa z nich była piracka, a część prezentowało repertuar o wiadomej treści.

Wśród filmów jakie wówczas por raz pierwszy widziałem były m.in. kryminał „Żyć i umrzeć w Los Angeles” („To Live and Die in L.A.) z Willemem Dafoe z 1985 r., thriller „Świadek” („Witness”) z Harrisonem Fordem z 1985 r., czarna komedia „Sok z żuka” (Beetle Juice”) z Aleckiem Baldwinem i Geeną Davis z 1988 r., muzyczny „Ściana” („Pink Floyd The Wall”) z muzyką zespołu Pink Floyd z 1982 r., dramat erotyczny „Dziewięć i pół tygodnia” (Nine 1/2 Weeks”) z Kim Basinger i Mickeye’m Rourke z 1986 r., dramat sensacyjny „Elita zabójców” (The Killer Elite”) Sama Peckinpaha z 1975 r., horror „Coś” („The Thing”) Johna Carpentera z 1982 r., klasyk kina sensacyjnego z agentem Jamesem Bondem „Żyj i pozwól umrzeć” (Live and Let Die”) z Rogerem Morrem z 1973 r., horror „Harry Angel” („Angel Heart”) Alana Parkera z 1987 r. thriller „Śmiertelnie mroźna zima” („Dead of Winter”) Arthura Penna z 1987 r. dramat sci-fi „Eksperyment Filadelfia” („The Philadelphia Experiment”) z Michaelem Pare i Nancy Allen z 1984 r. oraz wiele innych. Z wymienionych powyżej filmów wcześniej, i to kilka razy w kinie, widziałem jedynie film „Harry Angel”.

W niektóre dni, gdy już wszystko nas znudziło, w tym oglądanie filmów, a nie można było wyjść na dwór z powodu złej pogody, to graliśmy w karty lub w kółko i krzyżyk. W karty najczęściej graliśmy w pokera lub w wojnę, ale koledzy grali też w brydża lub skata, ale ja w nie nie grałem, bo nie umiałem.

Niekiedy w ciepłe dni chodziłem też z kolegami na wycieczki po okolicy. Jedną z nich dobrze pamiętam. Odbyłem ją z kolegą z mojego plutonu, ale z innej sali, Piotrem H. Poszliśmy głęboko w las w poszukiwaniu znajdującego się w pobliżu Bemowa jeziora Dziękałówka. Nie było to zbyt atrakcyjne miejsce, zwłaszcza w tym czasie. Brakowało nad nim miejsc do plażowania, za to nie brakowało much.

Niektórzy koledzy w wolne dni po śniadaniu lub dopiero po obiedzie wyjeżdżali na piwo i panienki do pobliskiego Orzysza, bo tam były lepsze możliwości niż w Bemowie. Z kolei inni włóczyli się po okolicy, a jeszcze inni robili zdjęcia w terenie i koszarach. Jeszcze inni chodzili na rożne kursy, np. na prawo jazdy. Ja żałuję dwóch rzeczy: że nie zapisałem się wtedy na kurs prawo jazdy, a jeszcze bardziej że nie miałem aparatu i nie mogłem zrobić zdjęć, bo teraz bardzo by mi się przydały. Teoretycznie miałem już wtedy aparat fotograficzny marki Yashicka, ale miał on wadę optyczną z powodu której wszystkie zdjęcia były źle wykadrowane lub nieostre. Ponadto nie miałem pojęcia o robieniu zdjęć. Jeden z chłopaków z naszego SPR był zapalonym fotografem i już wówczas miał dobry aparat fotograficzny. I to on zrobił zdjęcia moje i kolegów z wojska jakie dołączyłem do tego bloga. Oczywiście za wszystkie te zdjęcia mu kiedyś zapłaciłem, podobnie jak inni koledzy.

Kradzieże, agresja i megalomania

Wśród różnych problemów z jakimi borykaliśmy się wszyscy podczas pobytu w wojsku były kradzieże. Chodziło o to, że po przyjeździe z przepustek często nie było przydzielonych nam wojskowych łachów, bo ktoś je sobie przywłaszczył. Najpewniej było tak, że innym żołnierzom czegoś brakowało, to sobie „pożyczyli” od tych, których akurat nie było w jednostce. Moim zdaniem musiał brać w tym udział podoficer dyżurny odpowiedzialny za magazyn, bo niby jakim innym cudem mogły te ubrania zniknąć z zamykanego wojskowego pomieszczenia? Ale to, że nie było naszych ubrań i musieliśmy dopasowywać nowe po przyjeździe z przepustek było „pikusiem” w porównaniu z faktem, że dowództwo uważało, że to my powinniśmy zapłacić za te brakujące łachy. Oczywiście spotkało się to z naszym zdecydowanym oporem i w końcu wojsko – jak zwykle – samo rozwiązało tę sprawę bez kosztowo (ciekawe komu innemu ukradli brakujące ubrania?).

Przebywanie w tak dużej grupie mężczyzn musiało też prowadzić po pewnym czasie do narastania wśród nich agresji. Generalnie wszyscy raczej starali się unikać konfliktów, ale byli też tacy, co ich celowo szukali. Już wcześniej wspomniałem, że pewnego razu koledzy z sali o mało co, bez specjalnego powodu, o mało co się nie pobili. Na szczęście skończyło się jedynie na wyzwiskach i przepychankach.

Jednym z takich osobników, który celowo zawsze szukał guza był pewien podchorąży, z wykształcenia matematyk. Wszędzie eksponował on swoje skrajnie prawicowe poglądy i nachalną fanatyczną religijność. Po raz pierwszy podpadł wszystkim jak w pewną niedzielę, jeszcze w okresie przed przysięgą, wezwał wszystkich do świetlicy, zapalił świeczki, które z sobą przyniósł i zaczął nam głosić Słowo Boże. W jego wypowiedzi mało było jednak boskości, a wiele prawicowego dogmatyzmu, i pouczeń, czym wkurzył wielu z nas.

Jednak tym, co zdecydowało, ze prawie wszyscy chłopcy z SPR chcieli go pobić było to, że jako jedyny z całej szkoły wyłamał się z naszego „strajku żywnościowego” (o czym dalej). Chłopaki choć głodne, to nie poszły na śniadanie, a potem na obiad do kasyna, a on jeden poszedł. Oprócz tego komentował jeszcze nasze zachowanie, co tym bardziej wkurzało wszystkich. Pamiętam, że chłopcy chcieli mu na serio spuścić wtedy mocny nieregulaminowy łomot w nocy, co gdyby się odbyło byłoby jedynym przykładem „fali” w naszym SPR. Ale ostatecznie kilku najbardziej garnących się do tego chłopaków zostało uspokojonych, dzięki czemu nie został on pobity. To zresztą była wyjątkowa gnida, bo prawie zawsze miał inne zdanie niż reszta kolegów z SPR i zawsze było ono regulaminowe i skrajnie prawicowe.

O mały włos od pobicia był też innym razem, gdy przyszedł do naszego pokoju w sobotę wieczorem i wyłączył światło chłopakom grającym w karty, co uczynił z cynicznym uśmiechem i hasłem o capstrzyku. Wtedy jeden z kolegów, a dokładniej Andrzej K., wyskoczył za nim i chciał go pobić, ale ten uciekał, więc ten wziął gaśnicę proszkową i rzucił za nim. Gaśnica wybiła ten proszek, przez co cały korytarz był przez dwa dni biały od tego chłodziwa. Od poniedziałku rano kpt. Talarek stojąc w białym pyle na korytarzu robił dochodzenie, co się stało na terenie SPR, ale oczywiście nikt z nas nie puścił pary z gęby. Na szczęście winny sam posprzątał cały ten bajzel dzięki czemu uniknęliśmy drastycznych decyzji dowództwa.

Indywidua

W wojsku spotyka się zresztą często rożne indywidua. Niezłe problemy były też z pewnym innym podchorążym. Nie dotyczyły one jednak jego upierdliwości, a jego dziwaczności. Był to chłopak o krępej budowie ciała i nijak nie wyglądał na kogoś, kto ma studia wyższe, a miał je na pewno i to, co dziwne – podobnie jak powyżej opisany koleś – także na wydziale matematyki. Z czego z kolei on zasłynął. A mianowicie z tego, że przyjechał do jednostki tydzień po terminie i dowódca SPR nie wiedział co ma z nim zrobić: czy kazać aresztować? Czy ma go w ogóle dopuścić do przysięgi wojskowej? Gdy się go zapytali czemu się spóźnił, to powiedział że przygotowywał w lesie punkty z aprowizacją i ubraniami do ewentualnej ucieczki jakby go w wojsku zbytnio gnębili.

W końcu szef SPR por. W. Talarek dopuścił go do przysięgi, ale problemy z nim się nie skończyły. Potem znowu kiedyś napisał pismo do szefostwa SPR, że chce wyjechać za granicę w celach zarobkowych. Oczywiście mu odmówiono, bo przecież był w wojsku i z definicji w tym czasie nie mógł wyjeżdżać za granicę. Ale on pojechał na tę przepustkę i znacząco ją przedłużył. Szef SPR nie zgłosił sprawy, bo nie wiedział co się z nim dzieje. Ale też miał jego list z prośbą o wyjazd zagraniczny na który nie odpowiedział. Gdy po dłuższej nieobecności ten chłopak wreszcie przyjechał do koszar to tłumaczył się, że musiał pojechać na Węgry, aby zahandlować, bo jego rodzina nie ma z czego żyć, a z tego żołdu jaki w wojsku otrzymuje wyżyć się nie da. To był naprawdę rozrywkowy gość i ja go lubiłem, bo przynajmniej był nie normatywny w tym znormalizowanym wojskowym świecie. Z tego powodu ja i moi koledzy lubiliśmy z nim chodzić na wódkę i meduzy do baru przy kasynie.

„Bolki”

Zwykłe wojsko nazywaliśmy „bolkami”, bo nie maiło niczego na pagonach. Wbrew pozorom bardzo ich żałowaliśmy, bo ich los w wojsku, nawet w naszych czasach, a więc „humanizacji” był o wiele gorszy niż nasz. Takie zwykłe wojsko gorzej jadło, było bardziej tresowane przez kaprali, a co gorsza prawie na okrągło ciągane do jakichś debilnych zadań czy robót. Kiedyś widzieliśmy jak grupa „bolków” przycinała trawę nożyczkami. Jak pytaliśmy po co to robią, to odpowiedzieli, że dowódca im kazał, bo nie ma kosy do sieczenia, a trawa musi być równa. Innym razem siedzimy w sobotni wieczór w kinie garnizonowym, a tu nagle ktoś wlatuje na salę i ryczy w niebogłosy, że jest alarm bojowy i bateria taka to i inna ma natychmiast stawić się w miejscu zakwaterowania w celu nocnych ćwiczeń. Bardzo wtedy żałowaliśmy tych chłopaków, bo przecież to także mogliśmy być my, gdybyśmy mieli mniej szczęścia w życiu.

Podczas naszego pobytu w SPR były też różne inne dramatyczne chwile, np. pewnego razu ogłoszono, że jeden z rekrutów służby zasadniczej wyjechał na przepustkę i z niej nie wrócił. Potem okazało się że zginął w wypadku.

Z tymi powrotami z przepustek bywało zresztą różnie. Tak zwana „lewizna”, czyli nieautoryzowane wyjście z koszar czy nielegalne przedłużenie przepustki przytrafiało się także naszym kolegom. Na czas z przepustki nie wrócił kiedyś z powodu pijaństwa jeden z naszych kolegów. Na koniec szkoły został uznany przez to za jednego z trzech najgorszych absolwentów SPR naszego turnusu. Ironiczne w całej tej sytuacji było to, że wcześniej dowództwo awansowało go na pomocnika dowódcy plutonu. Z tej racji otrzymywał on wyższy żołd i miał on różne przywileje w tym mógł zamieszkać w małym trzyosobowym pokoju przy klatce schodowej.

wtorek, 16 lutego 2021

Moja służba wojskowa w Bemowie Piskim, czyli wspomnienie niedoszłego generała, cz. 3

 

Dworzec kolejowy w Drygałach na niemieckiej pocztówce z początku lat 20. XX w.
(w czasach mojego pobytu w wojsku "bieda", dzisiaj ruina)

 

Rozmieszczenie łóżek w naszym pokoju 

 Dzień wyjazdu

Do jednostki w Bemowie Piskim miałem stawić się w dniu 1 lutego 1990 r. Ta data ciążyła mi już od końca poprzedniego roku, jak myśl o dacie egzekucji na jaką zostałem skazany. Już na kilka miesięcy przed wyjazdem do wojska o niczym innym, niż o wojsku, nie mogłem myśleć. Nic mnie nie cieszyło, bo martwiłem się tym, jak to wojsko przeżyję. Te złe myśli jeszcze się u mnie pogłębiły wraz z nowym rokiem i nastaniem stycznia 1990 r., bo każdy dzień przybliżał mnie do nieuchronnego i nieznanego.

Ostatecznie do jednostki wojskowej wyjechałem 31 stycznia 1990 r. o godz. 19.30 z dworca kolejowego w Gliwicach. Na peronie czule pożegnałem się z żoną, a w oczach miałem łzy, bo choć nie dawałem jej tego po sobie poznać, to autentycznie martwiłem się tym, czy z tego wojska wrócę żywy. Zwłaszcza że gdzieś tam w głębi swego umysłu miałem już plan przewidujący bezwzględną walkę z każdym, kto stanie mi na drodze – nawet jakby to miała być ostatnia rzecz jaką zrobię w życiu. Tak sobie postanowiłem wtedy, a także wiele razy w późniejszych sytuacjach w życiu.

Dzień zamknięcia

Na dojazd do przydzielonej mi jednostki wojskowej wybrałem następującą trasę kolejową: Gliwice – Białystok, Białystok – Ełk – Drygały. Podróż trwała całą noc i byłem bardzo zmęczony. Trochę spałem, ale generalnie w śnie przeszkadzały mi złe myśli i przeraźliwe zimno w niedogrzanym pociągu, zwłaszcza na trasie pomiędzy Warszawą a Białymstokiem. Podczas przesiadki w Białymstoku czekałem na otwartym peronie dworca kolejowego i podziwiałem widniejące w oddali cebulaste kopuły cerkwi - budowli niespotykanej na Górnym Śląsku. Sam dworzec miał też nietypową architekturę, taką rosyjską, podobną do tej jaka była w Zagłębiu Dąbrowskim, a więc na terenie byłego zaboru rosyjskiego. Zgodnie z instrukcjami danymi nam w miejscach zamieszkania ze stacji kolejowej w Drygałach mieliśmy dojść do jednostki wojskowej w Bemowie Piskim na piechotę. Ale okazało się, że na stacji czekał już na nas autobus podstawiony przez jednostkę wojskową, więc zamiast iść – pojechaliśmy. Po dojeździe na miejsce najpierw nakarmiono nas w stołówce gdzie jedli żołnierze służby zasadniczej. Dzięki temu zaznajomiłem się z doraźnie wręczonymi nam niezbędnikami, czyli takim czymś, co było jednocześnie składaną łyżką, widelcem i nożem.

Potem zaprowadzono nas do łaźni, a po kąpieli udaliśmy się do fryzjera i lekarza. Lekarz był oczywiście formalnością, bo o ile ktoś nie był niewidomy, czy nie miał jakiejś kończyny, to raczej nie mógł liczyć na zwolnienie. Czynności administracyjne u lekarza prowadzili zresztą żołnierze służby zasadniczej i można sobie wyobrazić jak wyglądała prowadzona przez nich dokumentacja medyczna. W trakcie tych czynności jeden z poborowych jacy przyjechali wraz z moją zmianą dostał epilepsji. W sumie nawet nie wiem co się z nim dalej stało, czy go wypuścili do domu, czy nadal musiał służyć? Nie wiem tego bo ja, tak jak wszyscy pozostali poborowi byliśmy tak przestraszeni, że w zasadzie nie myśleliśmy, a jedynie bezmyślnie wykonywaliśmy rozkazy.

Po lekarzu udaliśmy się na obiad do tej samej stołówki, w której jedliśmy wcześniej, a następnie poszliśmy do magazynu, gdzie wydano nam przeważnie nie pasujące na nas rozmiarem ubrania. Magazynierem był zawodowy żołnierz, sierżant – trzeba powiedzieć, że w miarę w porządku gość. Przebraliśmy się, ale bez entuzjazmu i nie było tam wówczas osoby, która byłaby wesoła, czy optymistycznie patrząca w naszą najbliższą przyszłość. Ale to zrozumiałe, bo wszyscy ci młodzi mężczyźni zostali wyrwani ze swego bezpiecznego życia i skierowani na nieznane wody kariery wojskowej wbrew swej woli.

Po obiedzie byliśmy na jakimś szkoleniu, gdzie nam coś klarowano, ale już nawet nie opamiętam co. Najważniejszą częścią popołudniowego rozkładu tego dnia było podzielenie nas na kilka plutonów, zgodnie z predyspozycjami zawodowymi i zdrowotnymi oraz przydzielenie miejsca zakwaterowania. Mnie i chłopaków przydzielonych do mojego plutonu (o czym trochę poniżej) opiekujący się nami kapral służby zasadniczej B. przyprowadził do wyznaczonego budynku koszarowego wydzielonego na Szkołę Podchorążych Rezerwy. Po przyjściu na miejsce udaliśmy się na pierwsze piętro, gdzie nasz pluton rozlokowano w trzech salach. Po dojściu pod te sale wiedziałem już, że to decydujący moment i trzeba jasno postawić sprawę, kto tutaj jest Kim. Wiedziałem, że muszę okazać stanowczość, aby zyskać szacunek, więc już gdy wiedzieliśmy do której z trzech sal mamy wejść wszedłem do niej jako pierwszy, podszedłem do wybranego łóżka w narożu ścian blisko okna i głośno oznajmiłem, to że moja prycza. Wszyscy w tym pokoju przyjęli to do wiadomości, a nawet z lekkim przestrachem, bo nikt jeszcze nie wiedział, kto jest kim w naszym pokoju i drużynie.

Ja znalazłem się w 2 plutonie liczącym 26 osób i gromadzącym osoby mające nie techniczne wykształcenie a dodatkowo ułomne zdrowotnie. Ale trepom to nie przeszkadzało, że mieli pod dowództwem osobników bez odpowiedniego wykształcenia technicznego, bo w wojsku panuje zasada, że „sztuka jest sztuka”, czyli byleby było kogo szkolić. Nie znam wszystkich ułomności zdrowotnych kolegów z plutonu, ale pamiętam problemy niektórych chłopaków z mojej drużyny. Na pewno jeden z chłopaków miał problemy z sercem, a dokładniej taką arytmię, że jak maszerował, to serce chciało mu wyleźć bokiem z klatki. Sam mi to pokazywał w marszu i faktycznie jak przyłożyłem rękę do jego klaty, to serce mu waliło jak młot i drgało we wszystkie strony. Dzięki temu, że miałem stwierdzoną na piśmie – innych tłumaczeń zdrowotnych wojsko nie przyjmuje - dużą wadę wzroku, to zostałem zwolniony ze wszystkich siłowych zdań, w tym z porannej zaprawy fizycznej, co potem budziło nie małą wrogość do mnie ze strony kolegów z sali. Ale najlepsze było to, że w tej grupie byli historycy (czyli ja), muzycy, ekonomiści, biolodzy, żywieniowcy, pedagodzy, prawnicy, przyrodnicy – każdy, ale na pewno nie Ci co trzeba. A potrzeba było tam inżynierów mających pojęcie o technice potrzebnej do obsługi specjalistycznego elektronicznego sprzętu, ale też trzeba przyznać, że w tym czasie bardzo już przestarzałego.

Pod wieczór, jak już przyszliśmy z kolacji, którą tak samo jak wcześniej jedliśmy na stołówce dla szeregowych, dowództwo SPR zorganizowało apel na piętrze korytarza budynku w którym byliśmy zakwaterowani. Trzeba tym młodym oficerom którzy dowodzili szkołą przyznać, że starali się rozładować napiętą sytuację i obok wskazówek, co i jak należy robić w koszarach, jaki ogólnie będzie przebieg naszej służby itp., jeden z nich zdobył się także na dowcip doskonale ilustrujący nasze położenie – a sumie także kadry oficerskiej całej tutejszej jednostki. A brzmiał on tak: „Panowie Podchorążowie, na świecie są trzy miejscowości mające w nazwie „las”, a mianowicie: „Las Palmas, Las Vegas i Las Bemowo”. Na te słowa wszyscy zgromadzeni na korytarzu buchnęli śmiechem. I taki też był cel tej gadki, aby choć trochę rozładować napiętą atmosferę przed pierwszą nocą w koszarach. Następnie udaliśmy się do swoich kwater na nocleg. Przed nocą oczywiście poszliśmy się jeszcze wykąpać, jak ktoś chciał, a następnie zmęczeni przeżyciami i przebiegiem dania wszyscy posnęliśmy jak dzieci.

Parę słów o kwaterze i umundurowaniu

Nasza wspólna kwatera w SPR, a więc pokój w jakim spędziłem wraz z Kolegami najbliższe kilka miesięcy, miał nr 106 i jak już wspomniałem w innym miejscu, znajdował się na pierwszym piętrze budynku. Była to dość duża sala licząca ok. 20-25 metrów kwadratowych zaopatrzona od strony korytarza w drzwi otwierane do pokoju i trzy podwójne okna. Po obu stronach ścian, nie licząc drzwi i okien, stały stalowe prycze na jakich spaliśmy, obok nich były stalowe nocne szafki i metalowe taborety z blatami z drewna lub sklejki. Ponadto przy oknie był stolik dostępny dla wszystkich z sali i jedno dodatkowe krzesło. To przy tym stoliku w wolnych chwilach siadaliśmy potem i graliśmy w karty lub dyskutowaliśmy o różnych sprawach, a jedynym celem tych działań była chęć „zabicia” wolnego czasu. Ściany pokoju były pomalowane jakąś jasną farbą, chyba białą, ale pewności nie mam. Natomiast lamperia sięgająca ok. 1,2 m była na pomalowana szarą lub zieloną farbą olejną. Koloru szarego lub zielonego były też nasze prycze, szafki i taborety.

Początkowo w tej sali spało nas dziewięciu, ale po miesiącu jednego z chłopaków przeniesiono, tak że odtąd po obu stronach sali spadło po czterech podchorążych, czyli w sumie osiem osób. W pierwszym okresie, gdy nas było dziewięciu, to układ osób przyporządkowanych do prycz w tej sali przedstawiał się następująco (opis zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara): Andrzej K. (prawnik), Wojciech Sz. (pedagog), Mikołaj B. (metalurg), Dariusz M. (zootechnik), Witold K. (muzyk - tego potem przenieśli), Damian R. (czyli ja), Tomasz Sz. (mikrobiolog), Ryszard P. (ekonomista), Marek Sz. (weterynarz).

Generalnie było to w miarę dobre towarzystwo – w innych salach były niekiedy znacznie gorsze świry – ale także i w naszym wypadku dochodziło niekiedy do nieporozumień, a nawet jawnych szamotanin pomiędzy chłopakami, np. pomiędzy Mikołajem B. a bardzo zadziornym Dariuszem M. Zebrani w tej sali podchorążowie byli mniej więcej równi wiekowo i mieli po ok. 24 lata, jedynie ja i Andrzej K. byliśmy już wówczas nieco starsi – ten ostatni miał już wtedy 29 lat. Jak już wspomniałem wszyscy byliśmy po studiach i dumnie nosiliśmy młode jeszcze wówczas tytuły magistrów, inżynierów i magistrów inżynierów. Charaktery osób z tego spędu były różne, np. Marek Sz. był raczej typem spokojnym, Ryszard P. był luzakiem, Tomasz Sz. był typem racjonalisty i naukowca, Dariusz M. typem o cechach przywódczych, Mikołaj B., typem cynika. Wojciech Sz. osobą nie rzucającą się w oczy, a Andrzej K. dziwakiem z przeżyciami.

Toalety z prysznicami znajdowały się na końcu korytarza, a zarazem budynku i były sprawne, a nawet miały zawsze gorącą wodę. Mogliśmy się kopać do woli: wieczorem i rano, a także w razie potrzeby także w ciągu dnia. Był to wielki luksus, bo żołnierze służby zasadniczej przebywający w tej jednostce mogli się kąpać jedynie wraz w tygodniu, bo tak przewidywał regulamin.

Jak już wspomniałem dostaliśmy mundury polowe tzw. moro wykonane z bawełny. Ich potoczna nazwa pochodziła od nadruku tzw. deszczyku stosowanego na zewnętrznej stronie tkanin, z których szyto mundury dla wojska, milicji i innych służb w okresie PRL, a dokładniej w latach 1969-1989. Celem tego nadruku był kamuflaż osoby go noszącej w warunkach polowych. Fachowo rzecz biorąc był to kamuflaż wz. 68 „moro” lub „mora” stąd nazwa potoczna nadana przez żołnierzy całemu mundurowi. Faktycznie w mundurach wojskowych wzór tego „moro” był różny dla różnych służb, w wypadku wojska był to nadruk w kolorze zielni, podobnie jak same mundury, ale o innych wzorach dla wojsk lądowych oraz wojsk powietrznych i marynarki.

Nasze umundurowanie polowe składało się z następujących elementów: spodnie polowe, bluza munduru polowego, czapka polowa rogatywka, pas parciany, buty opinacze skórzane, bluza ocieplacz (dres), onuce do butów, impregnowana kurtka polowa z podpinką, szal wojskowy, rękawice ocieplacze. Ponadto otrzymaliśmy wojskowe zielone dresy, czyli spodnie i koszule, trampki przewidziane do użytkowania podczas porannych zapraw fizycznych oraz klapki do chodzenia na kwaterach. Umundurowani w tej sposób wykonywaliśmy większość zlecanych nam zadań podczas całego pobytu w wojsku przy czym w miarę wzrostu temperatury na zewnątrz nie musieliśmy już nosić ciepłych kurtek, szali i rękawic.

W przeciwieństwie do wielu poprzednich roczników nie otrzymaliśmy jednak mundurów wyjściowych, bo zbankrutowany komuszy kraj jakim wtedy była Polska mnie był w stanie sfinansować ich uszycia dla wojska. Mieliśmy szczęście, bo dzięki temu nie musieliśmy na przepustkach salutować wyższym stopniem, a także mogliśmy się kamuflować wśród tłumu innych cywili, co w mundurze nie było możliwe.

Przypuszczalnie z tych samych powodów, braku środków, nie dano nam też bielizny i przyborów toaletowych, dzięki czemu mogliśmy chodzić w swojej bieliźnie i używać swojego mydła, szamponu, pasty do zębów, a przede wszystkim własnej maszynki do golenia. W stosunku do wcześniejszych turnusów były to wielkie przywileje, bo bielizna wojskowa była bardzo niedopasowana, a przybory toaletowy były tak marnej jakości, że praktycznie nie nadawały się do użytku. Nawet trepy nam mówiły, że mamy się cieszyć, że nie będziemy się musieli golić regulaminowymi wojskowymi żyletkami, które nadawały się jedynie, nawet w ich ocenie, jedynie do wyrzucenia. Z drugiej strony szeregowe wojsko nadal chyba było zmuszone do używania tego wybrakowanego wyposażenia. Natomiast ręczniki i skarpety, mieliśmy wojskowe, czyli regulaminowe.

wtorek, 22 grudnia 2020

Moja służba wojskowa w Bemowie Piskim, czyli wspomnienie niedoszłego generała, cz. 2

 

Fragment niemieckiej mapy rejonu Pisza (Johannisburg) z widokiem rejonu Schlagakrug (Bemowo Piskie). Widać że z powodów utajnienia koszar tych nie zaznaczono na tej mapie, choć już wtedy istniały, 1940 r. 


Niemiecki plan koszar Arys-Süd (Orzysz-Południe)
w Schlagakrug (obecnie Bemowo Piskie), 1939 r. .


Kartka pocztowa prezentująca zabudowania koszar
w Arys-Süd (Orzysz-Południe) w Schlagakrug (obecnie Bemowo-Piskie), 1939 r.

Trochę geografii

Gdy pod koniec 1989 r. w WKU w Gliwicach przekazywano mi bilet do wojska poinstruowano mnie, gdzie dokładnie mam jechać i wtedy po raz pierwszy w życiu usłyszałem o Bemowie Piskim i stacji Drygały. Wszystko to brzmiało jak ponury żart, ale – niestety – żartem nie było. Nie miałem zielonego pojęcia gdzie te miejscowości leżą, nie wiedziałem jak do nich dojechać, a tym bardziej nic wie wiedziałem o ich historii.

Bemowo Piskie (niem. Schlagakrug, potem Arys-Süd) to miejscowość w obecnym województwie warmińsko-mazurskim, na terenie powiatu piskiego, w gminie Biała Piska. Leży dokładnie w środku wielkiego kompleksu leśnego nad niewielką rzeczką Dziękałówką (niem. Kosselsee Kanal). Rzeka ta należy do zlewni rzeki Pisa, przebiega dokładnie w poprzek Bemowa Piskiego, ma ok. 13 km długości i łączy Jezioro Kocioł (niem. Espen See) na zachodzie i Jezioro Zdedy (niem. Kossel See) na wschodzie. Na wschód od Bemowa przepływa też przez Jezioro Dziękałówka. Do 1945 r. Mazury, a zatem i rejon Bemowa Piskiego należał do Prus Wschodnich, będących kolebą królestwa Prus, ale pierwotnie były to tereny należące do dawnego bałtyckiego ludu Prusów, który długo opierał się przyjęciu chrześcijaństwa.

Po 1945 r. tereny te zostały przyłączone do Polski, dzięki czemu w latach 1975-1998 Bemowo Piskie znajdowało się w województwie suwalskim. Innymi słowy w okresie, gdy byłem tam w wojsku, to przebywałem na terenie woj. suwalskiego. Miejscowość ta, nie wyróżniałaby się niczym szczególnym, gdyby nie znajdująca się w niej jednostka wojskowa. Wojsko stacjonowało w niej zresztą już w czasach niemieckich. Obecnie miejscowość ta liczy ok. 1300 mieszkańców i wydaje mi się, że od czasów gdy byłem tam w wojsku liczba jej ludności specjalnie się nie zmieniła.

Z mojego punktu widzenia, był to koniec świata i faktycznie tak było, gdyż jednostkę tę zbudowano ją dosłownie w środku mazurskich lasów stosunkowo niedaleko Jeziora Śniardwy. Co więcej nawet w niemieckich czasach, służący w niej żołnierze i oficerowie uważali tę jednostkę za „koniec świata” (o czym szerzej nieco dalej). W jej najbliższym sąsiedztwie znajdują się jedynie dwa niewielkie miasteczka: Biała Piska (niem. Bialla, Gehlenburg) leżące ok. 15 km od Bemowa i liczące obecnie ok. 4 tys. mieszkańców oraz Orzysz (niem. Aris, Arys) leżący ok. 13 km od Bemowa i liczący obecnie ok. 5600 mieszkańców. Jednak dojazd z Bemowa do nieco większych miast był już znacznie dłuższy, i to nie tyle z powodu wielkich odległości pomiędzy nimi, co raczej z powodu okrężnych dróg. Do Pisza (niem. Pisis, Johannisburg) trzeba było już jechać ok. 30 km, a do Ełku (niem. Lyck, wcześniej Łek, Luks) ok. 35 km. Dość daleko było też, bo ok. 5 km, z Bemowa do najbliższej stacji kolejowej w Drygałach (niem. Drygallen, Drigelsdorf). Na szczęście przez miejscowość tę przejeżdżał autobus PKS,  którym można było bezpośrednio dojechać do Warszawy.

Jednostka dla „zesłańców”

Z powodu usytuowania z dala od bardziej znaczących dróg i większych miejscowości jednostkę w Bemowie Piskim uznawano za jedną z bardziej izolowanych w Polsce (i w sumie nadal tak jest). W fachowym w wojskowym slangu był to tzw. typowy zielony garnizon, czyli taki, który dobrze zakamuflowano w terenie wśród lasów. I nie była to jedynie żonglerka słowna, bo jednostka ta rozciąga się na przestrzeni ok. 800 m z kierunku północnego na południowy, wzdłuż jedynej prowadzącej przez nią drogi, obecnie ul. W. Kętrzyńskiego, a wcześniej najpewniej był to dawny szlak handlowy. Z obu jej stron nasadzono drzewa, które ładnie komponują się z zabudowaniami jednostki, ale też skutecznie uniemożliwiają wgląd w to, co się dzieje w jej głębi. W okresie PRL była to jedna z bardziej tajnych jednostek LWP.

Problem polegał jedynie na tym, że ten kamuflaż był dobry dla ciemnego polskiego ludu, bo przecież Niemcy, którzy te koszary wybudowali i zasadzili te drzewa z całą pewnością wiedzieli gdzie się one znajdują i z jakich zabudowań się składają. Z powodu odosobnienia tego miejsca pracujący w tutejszych koszarach żołnierze i oficerowie postrzegali je jako uciążliwe do służby. Skąd to wiem? Bo sami o tym niekiedy przebąkiwali podczas mojego i kolegów szkolenia. A i fakty są takie, że także zarządzający nami oficerowie wraz z rodzinami oddaleni byli od większych miast w kraju, a tym samym pozbawieni szerszego kontaktu z innymi ludźmi, mieli ograniczony dostęp do oświaty dla swoich dzieci, dóbr kultury. Problemem były na pewno też tak banalne kwestie, jak mniejszy wybór towarów w nielicznych działających tutaj przykoszarowych sklepach. Ale z drugiej strony, taki był charakter służby w tej jednostce już w czasach niemieckich.

Historia Bemowa Piskiego w zarysie

Początki osady w Bemowie Piskim sięgają 1561 r. kiedy to przy istniejącym tutaj trakcie (przypuszczalnie obecnej drodze W. Kętrzyńskiego) niejaki Andrzej Szlaga (lub Szaga) założył karczmę, co odbyło się oczywiście za zgodą ówczesnych właścicieli tych ziem, zakonu krzyżackiego. Z tego powodu miejscowość ta występowała w źródłach jako Szaga (Schlaga), Karczmisko, Karczmisko-Szlaga, wreszcie niemieckie Schlagakrug. Musiała to być w miarę uczęszczana droga skoro opłacało się wybudować przy niej zajazd żyjący z obsługi podróżnych. Pod koniec lat 30. XX w. miejscowość tę przemianowano na Arys-Süd (Orzesze-Południe). Ale zawsze też musimy pamiętać, że pierwotnie tereny te należały do bałtyckiego ludu Prusów silnie przywiązanego do pogaństwa.

Koszary wojskowe w Bemowie Piskim powstały dopiero w drugiej połowie lat 30. XX w. jako dodatkowy obóz szkolenia wojska niemieckiego powiązany z sąsiednimi starszymi koszarami w Orzyszu powstałymi już w 1891 r. Rozwój Orzysza jako ważnego ośrodka szkoleniowego wojska pruskiego w tym rejonie przyspieszył wraz z chwilą uruchomienia linii kolejowych do Pisza (1905), Giżycka (niem. Lötzen, pol. Łuczany) oraz linii z Mrągowa (niem. Sensburg) do Ełku (niem. Lyck) w 1915 r. Odtąd przerzucenie dużych sił wojskowych i sprzętu z centralnej części Prus Wschodnich na Mazury stało się znacznie szybsze, co miało znaczenie w razie ewentualnych działań wojennych. W okresie hitlerowskim jednostkę w Orzyszu znacząco rozbudowano, a w 1939 r. tamtejszy poligon przekształcono w Obóz Ćwiczebny Orzysz. Szkoliły się na nim oddziały Wehrmachtu, w tym m.in. jego XIX Korpus Pancerny. W okresie II wojny światowej testowano na nim nowe rodzaje broni.

Z mojej perspektywy nazwa Orzysz od początku źle się kojarzyła, bo w okresie PRL, a dokładniej w latach 1971-1991 znajdowała się tam, obok normalnej jednostki wojskowej, także okryta złą sławą kompania karna. W terminologii czysto wojskowej był to 7 Oddział Dyscyplinarny Jednostki Wojskowej 1370. Wbrew pozorom nie znajdowała się ona jednak bezpośrednio w koszarach głównej jednostki w Orzyszu, a na odludnym przedpolu tej miejscowości. Kierowano do niego krnąbrnych żołnierzy z całego kraju w celu nauczenia ich wojskowego porządku. Okres przebywania w tej kompanii zależał od rodzaju przewinienia i nie był wliczany do obowiązkowej służby żołnierza. Większość z tych nieszczęśników po odbyciu kary wracała potem do swoich jednostek celem odsłużenia reszty obowiązkowej służby. W chwili opuszczenia Orzysza byli to już jednak inni ludzie, najczęściej o złamanych prześladowaniem charakterach. W pewnym filmie dokumentalnym opowiadającym o tej kompanii karnej przedstawiono bardziej sielankową wersję panujących w niej warunków. Ale te opowieści mnie nie przekonały, podobnie jak nic na świecie nie przekona mnie do cudowności wszystkiego, co przymusowe. Obecnie jedynymi śladami po tej kompanii w Orzyszu są ruiny dawnych baraków wojskowych oraz kawałki asfaltu i betonu po jej dawnych placach ćwiczeń w szczerym polu. W całości ostało się tylko byłe biuro przepustek przerobione na magazyn?

Koszary w Bemowie Piskim

Istniejące do chwili obecnej koszary w Bemowie Piskim powstały w latach 1934-1937 , co było pochodną rozbudowy jednostki i poligonu w Orzyszu. Zorganizowano je jako dodatkowe letnie koszary tamtejszej jednostki, stąd nazywano je Orzyszem Południe (Arys-Süd). Koszary te zbudowano wzdłuż obecnej ul. W. Kętrzyńskiego od pasa zieleni na południu, po granicę z dawną wsią znajdującą się na północy (obecny rejon skrzyżowania z ul. J. Bema. W sumie koszary te obejmowały połać ziemi na planie prostokąta o bokach ok. 800 m, na ok. 600 m, i liczyły ok. 48 hektarów. Pierwotnie stacjonowała tutaj niemiecka jednostka kawalerii, stąd w części tutejszych budynków znajdowały się stajnie dla koni (w czasach mojej służby przerobione na stanowiska szkolenia obsługi rakiet). Jak więc widać nie tylko Polska w 1939 r. miała jednostki kawalerii. I wbrew pozorom nie był to znowu taki głupi pomysł aby ją mieć, bo na bezdrożach i podmokłych terenach Mazur konie sprawdzały się znacznie lepiej niż samochody i czołgi. Ale też trzeba powiedzieć, że celem istnienia tej kawalerii nie był frontalny atak z szablami na przeciwnika, co raczej jej manewrowość. Innymi słowy była to taka bardzo mobilna piechota na koniach.

Powstały wówczas kompleks zabudowań koszarowych składał się z kilkudziesięciu budynków o różnej wielkości i różnym przeznaczeniu i towarzyszących im placów do ćwiczeń, wewnętrznych dróg do przemarszu, pasów zieleni, a nawet pełnowymiarowego boiska sportowego. Budynki i place tworzyły pewne mikrocałości oparte o zasadę samowystarczalności. Wszystkie główne budynki z kwaterami dla wojska, stajnie i magazyny zbudowano na planie prostokątów ułożonych symetrycznie dłuższymi bokami do głównej ulicy. Obok nich zbudowano budynki w których urzędowali dowódcy poszczególnych kompanii, wartownie, stołówki dla żołnierzy i eleganckie kasyno oficerskie, a także inne obiekty, np. izbę chorych, czy salę zebrań. Każda część tego szachownicowego miasteczka skomunikowana była z pozostałymi częściami koszar, a także z dwiema głównymi bramami znajdującymi się na ich południu i północy. Ponadto do koszar prowadziło także kilka mniejszych dróg i bram od strony zwartego pasa lasów na wschodzie oraz od strony wsi na północy.

Z kolei w północnej części koszar, w pobliżu dawnej wioski, a dokładniej rzecz biorąc po przeciwległej stronie obecnej ul. Kętrzyńskiego wzniesiono osiedle bloków mieszkalnych dla kadry zawodowej. Natomiast liczący ok. 150 hektarów poligon założono na wschód od obecnej ul. Kętrzyńskiego, ok. 1 km na południowy-zachód od południowego krańca zabudowań koszarowych.

W okresie PRL koszary te zresztą rozbudowano na potrzeby LWP. W pobliżu dawnego niemieckiego osiedla powstały wówczas nowe bloki mieszkalne dla kadry, a bezpośrednio w samych koszarach także zbudowano nowe budynki dla potrzeb szkoleniowych. Niestety wzniesiono je z wielkiej płyty, bo było może tanie i szybkie, ale co zakłóciło ogólny jednolity charakter architektury koszar i ich okolicy.

W związku z dostępnością miejsca tutejsze budynki koszarowe dla wojska były stosunkowo niskie, bo zaledwie jednokondygnacyjne, ale za to wąskie i dość długie, przeważnie 24 osiowe z kilkoma niezależnymi klatkami schodowymi i wejściami na parterze od strony wewnętrznego placu. Zbudowano je z cegły, ale otynkowano, zaopatrzono w piwnice i czterospadowe dachy kryte dachówką, a same dachy zaopatrzono w lukarny szczytowe. Wewnętrzne korytarze tych budynków wyłożono antypoślizgową posadzką o przekroju poprzecznym w stosunku do ciągów komunikacyjnych. Kwatery dla żołnierzy znajdowały się po obu stronach każdego budynku na parterze i na piętrze, a strychy przeznaczone były na magazyny. W krańcowych częściach każdego z budynków znajdowały się biura dla oficerów oraz łaźnie i toalety dla żołnierzy. Główne biura dla wyższej stopniem kadry znajdowały się jednak w osobnych mniejszych jednopiętrowych budynkach w różnych częściach koszar. W centralnej części kompleksu koszarowego znajdowało się kilka szczególnie dużych placów do ćwiczeń wojskowych.

Drzwi i okna w budynkach koszarowych wykonano z drewna, a same obramowania zaakcentowano ozdobnymi detalami z cegły lub betonu. Niektóre z tych budynków miały też wejścia boczne od strony ścian szczytowych. Oprócz wspomnianych, wzniesiono też bardziej okazały budynek na uroczystości wojskowe w stylu pałacowym, ale także parterowy. Równie okazałe było piętrowe kasyno oficerskie z dużą wygodną salą o wielofunkcyjnym charakterze, zaopatrzoną w wiele dużych okien. W codziennym użyciu była to jadalnia, ale można ją też było szybko przerobić na inne potrzeby. To koszarowe miasteczko miało oczywiście dostęp do elektryczności, bieżącej wody i system kanalizacyjny z własną oczyszczalnią ścieków.

Budynki magazynowe i stajnie były parterowe podobnie jak izba chorych. Pod względem architektonicznym wszystkie te obiekty wzniesiono w stylu niemieckiego modernizmu i minimalizmu, łączącego cechy stylu narodowego z ideologią nazistowską. Budynki dla kadry, np. kasyno oficerskie, miały już nieco bardziej wyszukaną architekturę, np. w stylu willowym z wielospadowymi dachami, ryzalitami itp., ale w granicach wyznaczonych całością kompleksu. Warto zaznaczyć, że w przeciwieństwie do opisanych tutaj zabudowań pruskie koszary budowane przed I wojną światową w miastach na Górnym Śląsku wznoszono najczęściej z nie otynkowanej cegły i przeważnie były to, z powodu brak u miejsca, budynki trzy lub czterokondygnacyjne np. te znajdujące się w Gliwicach.

Parę słów o powojennych dziejach koszar

Bezpośrednio po II wojnie światowej koszary w Orzyszu i Bemowie Piskim przejęła Armia Czerwona, która wywiozła stąd wszystko co było jej zdaniem wartościowe. Przypuszczalnie Bemowo Piskie, podobnie jak Orzysz gdzie powstał obóz NKWD dla Niemców, było także jednym z miejsc przymusowej koncentracji ludności niemieckiej. W każdym razie w pierwszych latach po wojnie musiały tutaj mieć miejsce jakieś niezbyt miłe wydarzenia skoro miejscowość ta została przemianowana na Bemowo Piskie dopiero w 1955 r. Ale w tym czasie stacjonowało w niej już LWP, a dokładniej jednostka artyleryjska. W 1960 r. w Bemowie Piskim zorganizowano Ośrodek Szkolenia Specjalistów Artylerii (OSSA) przeniesiony z pobliskiego Giżycka, które nie spełniało wymogów bezpieczeństwa (podobnie zresztą jak nadgraniczny Gołdap). Pierwszym komendantem OSSA (wojsko lubuje się w używaniu różnych najczęściej niezrozumiałych dla laika skrótów) został ppłk Aleksander Grabowski. Zadaniem tej jednostki było szkolenie przyszłych artylerzystów.

A że artylerię łączono w rakietami wkrótce Bemowo Piskie stało się także centrum szkolenia wojsk rakietowych. Było to możliwe dzięki kursom polskich oficerów w ZSRR na obozie szkoleniowym w Ułan-Ude w czerwcu 1959 r. Już pod koniec tegoż roku do Bemowa trafił pierwszy w Polsce przeciwlotniczy zestaw rakietowy SA–75 „Dwina” składający się m.in. z wyrzutni rakietowych i systemów naprowadzania. Już następnego roku odbył się pierwszy w Polsce kurs obsługi sprzętu rakietowego dla kadry i żołnierzy służby zasadniczej. W latach 60. w jednostce zainstalowano nowe zestawy rakietowe: S-75M „Wołchow” (1964 r.) i S-125 “Newa” (1969 r.), a także rozpoczęto szkolenie żołnierzy w ich obsłudze. Pod koniec 1978 r. nazwę jednostki zmieniono na Centrum Szkolenia Specjalistów Wojsk Obrony Powietrznej Kraju im. Wojciecha Kętrzyńskiego. I do tej właśnie jednostki ukrywającej się pod enigmatycznym skrótem CSS WOPK udałem się z dniem 31 stycznia 1990 r. w celu odbycia przymusowej służby wojskowej w działającej tutaj Szkole Podchorążych Rezerwy.

poniedziałek, 24 sierpnia 2020

Moja służba wojskowa, czyli wspomnienie niedoszłego generała, cz. 1




Wstęp

W tym roku w czerwcu minęło 30 lat odkąd wróciłem z wojska, a dokładniej z obowiązkowej służby wojskowej w szkole podchorążych rezerwy. To był dla mnie wielki dzień, bo od najmłodszych lat w domu i w szkole straszono mnie wojskiem i patologiami jakie w nim występują. W zasadzie to cieszyłem bardziej od innych, którzy wrócili z wojska, bo ja szedłem do nie go z przekonaniem, że raczej żywy z niego nie wrócę, albo co najwyżej zostanę z niego wypuszczony, czy raczej przeniesiony jako osadzony w więzieniu odsiadujący dożywocie za zabicie jakiegoś oficera psychopaty, czy równie zwichrowanego psychicznie kolegę z sali.

Każde państwo ma wojsko

W zasadzie każde państwo jest przymusową organizacją prawną posiadającą określone terytorium, ludność, suwerenną władzę i zdolność do zawierania układów z innymi państwami czy organizacjami międzynarodowymi. Oczywiście takie państwo może mieć różną formę rządów, np. być demokracją czy totalitarnym. Jednak niezależnie od okresu czasu i formy ustroju przeważnie każde państwo posiada zawsze aparat przymusu w postaci policji i wojska. To drugie nazywane obecnie siłami zbrojnymi służy do obrony tegoż państwa przed zagrożeniami zewnętrznymi. I faktycznie siły zbrojne są potrzebne każdemu państwu, bo inaczej nasz piękny kraj mogła by najechać armia jakiejś groteskowego państewka np. Górnej Wolty (obecnie Burkina Faso) i uczynić z nas swą kolonię.

Tak więc już na początku tego wywodu chcę podkreślić, że mam świadomość konieczności istnienia wojska i nie jestem jakimś bezmyślnym pacyfistą. Jednak docenianie znaczenia wojska dla ochrony państwa nie oznacza jednak jego bezkrytycznego wielbienia, ku uciesze różnej z reguły bezrefleksyjnie wpatrzonej w mundur gawiedzi o militarystycznych skłonnościach. W związku z nie najlepszą opinią o wojsku jako instytucji, a także z powodów ekonomicznych i politycznych, w wielu krajach istniała obowiązkowa służba wojskowa. W Polsce obowiązkowa służba wojskowa istniała do 2009 r. Począwszy od tego roku całość spraw wojskowych przejęli zawodowi żołnierze. Uważam, ze to bardzo dobre rozwiązanie, bo we współczesnych warunkach jedynie ludzie o odpowiednim stanie zdrowia, predyspozycjach psychicznych i zdolnościach bojowych powinni być żołnierzami. Inaczej armia jest jedynie przypadkowym zbiorem ludzi udających wojsko.

Wojsko ludowe

Niestety, jako osobnik z jednego z ostatnich roczników pokolenia baby boomers całe moje dzieciństwo i wczesna młodość oraz pierwsze lata dorosłości przypadły na okres PRL, a więc życia w państwie realnego socjalizmu jakie ustanowili w Polsce w końcowej fazie II wojny światowej polscy komuniści pod rosyjskim protektoratem. W związku z tym, że faktycznie było to państwo totalitarne szczególną rolę odgrywały w nim różnego rodzaju siły milicyjne, bezpieczeństwa i wojsko. W okresie tej Rzeczypospolitej Ludowej funkcjonowało Ludowe Wojsko Polskie, które jednak z ludem miało mało wspólnego, a jak już to jego „ludowość” przejawiała się w nim z jak najgorszej strony - jako tyrania głupszych, ale cwańszych i silniejszych nad myślącymi i słabszymi.

Obowiązkowa służba wojskowa w tym „ludowym” wojsku służyła nie tyle szkoleniu żołnierzy, co ich indoktrynacji na przymusowych szkoleniach politycznych, a przede wszystkim na łamaniu charakterów silą wcielonych do takiego wojska ludzi. Najbardziej narażeni na szykany byli osobnicy o postawie silnie indywidualistycznej, czy też ludzie bardziej wrażliwi i słabsi psychicznie. Ich główną winą było to, że nie byli w stanie podporządkować się bezmyślnemu wojskowemu drylowi. Na takim systemie korzystała władza, której łatwiej było manipulować zastraszonymi poborowymi, a także różnego rodzaju kreatury awansujące w tego rodzaju hierarchii. Oczywiście wśród oficerów i podoficerów nie brakowało ludzi inteligentnych i normalnych jednak, jak zawsze w tego rodzaju wypadkach, ton całości nadawali wspomniani wcześniej cyniczni karierowicze i różnego rodzaju zwyrodnialcy.

Oczywiście efektem takiej organizacji wojska, opartego na indoktrynacji i zastraszeniu, było wypaczenie samej idei wojska jako instytucji apolitycznej i służącej do obrony państwa. Bardziej służyło ono utrzymywaniu społeczeństwa w posłuszeństwie wobec partii rządzącej niż obronie kraju, zwłaszcza, że całe dowództwo, w większości wyszkolone w Moskwie, było bardziej lojalne obcemu mocarstwu niż państwo, którego rzekomo miało bronić. Z takiego stanu rzeczy zdawali sobie sprawę jedynie najbardziej uświadomieni, ale za to wszyscy mieli niechętny stosunek do wojska z powodu przymusu przeszkolenia wojskowego w ramach obowiązkowej służby wojskowej.

Cudowność wojska dla cwaniaków

Jak się okazuje w praktyce przymus obowiązkowej służby wojskowej powodował niechętny stosunek do wojska także już po upadku systemu komunistycznego w Polsce i powstaniu państwa demokratycznego. Przyznają to nawet w swych opiniach zawodowi żołnierze. Co więcej wskazują, że wbrew także współczesnej propagandzie, obowiązkowa służba wojskowa mało kogo zmieniał na lepsze. Jak podaje pewien anonimowy zawodowy żołnierz: „Jeżeli do służby trafiał cwaniak, to wychodził z niego będąc jeszcze większym cwaniakiem. Z tym, że przez ta kilkanaście miesięcy nauczył cwaniakować jeszcze innych”.

Oczywiście w propagandzie przede wszystkim podkreśla się liczne wspomnienia z pobytu mężczyzn w wojsku będących rzekomo najlepszymi chwilami w ich życiu. Ale nawet oni podświadomie dodają, że te wszystkie nostalgiczne i miłe wspomnienia byłych żołnierzy zasadniczej służby wojskowej opierają się jedynie na przyjemnych nielicznych momentach tej służby: umacnianiu się fizycznie i psychicznie w warunkach koszarowych oraz poligonowych oraz na wspólnych przeżyciach z kolegami. Dla wielu przymusowy pobyt w wojsku był też elementem budowy ich męskiej tożsamości, a przynajmniej tego jej wariantu jaki charakteryzuje typowego miejskiego wiejskiego „maczo”, tyleż „byczkowatego”, co tępego.

Jednak nie wszyscy mają tak miłe wspomnienia z wojska jak tego typu osobnicy, bo np. byli w takim wojsku podwójnie gnębieni: służbowo – przez komuszych podoficerów i oficerów oraz „falowo” - przez swych nadgorliwych kolegów psychopatów. Tacy „szkoleni” dodatkowo poborowi byli często doprowadzani do skrajnego wyczerpania psychicznego i fizycznego co prowadziło ich do podejmowania prób samobójczych. Ci najbardziej twardzi i oporni kierowani byli do jednostek karnych, gdzie podawano ich wymyślnym zabiegom pschofizycznym. To właśnie z tej grupy było wielu kolejnych samobójców lub ludzi, którzy z wojska wracali jako osobnicy z trwałymi skazami psychicznymi.


Wojsko jako straszak

Pamiętam, że jak byłem dzieckiem, a wiec w latach 70. XX w., to często słyszałem połajanki w rodzaju: „jak będziesz się tak zachowywał, to w wojsku długo nie pożyjesz”, albo „w wojsku nauczą cię moresu”, lub też „w wojsku cię wyćwiczą”, albo najbardziej skrótowo – „w wojsku dadzą ci w dupę”. Za każdym razem oznaczało to mniej więcej tyle, że wojsko każdego niepokornego złamie i przymusi do bezmyślnego posłuszeństwa. Oczywiście tego rodzaju sugestie nie pozostały obojętne dla mojego młode umysłu, a wraz z opowieściami o patologiach jakie panowały w wojsku opowiadanymi przez byłych żołnierzy służby zasadniczej robiły na mnie piorunujące wrażenie.

Tak więc dosłownie z każdym dniem swego dorastania coraz bardziej uświadamiałem sobie, że zbliża się dzień pójścia do wojska a wraz nim praktycznie koniec mojego żywota, bo raczej nie zakładem, że w tym ponurym i przesiąkniętym przemocą świecie wojskowych koszar jakimś cudem przeżyję. Wobec takiej perspektywy najważniejszą kwestią stawało się stworzenie planu, w którym uniknąłbym służby wojskowej. Jednak ten plan – o czym jeszcze wówczas nie wiedziałem – był praktycznie nierealistyczny, bo w komuszym państwie (i w większości innych, a zwłaszcza w takich w których rządzą różnego rodzaju tzw. patrioci) – wojsko zrobi wszystko by dorwać każdego delikwenta, jeżeli tylko ma go na liście, a dany osobnik ma obie ręce i nogi i nie jest niewidomym czy obłożnie chorym.

Przedsionek patologii – studium wojskowe

Moim pierwszym większym kontaktem z wojskiem był przymusowe szkolenie wojskowe na czwartym roku studiów w okresie od lata 1986 do lata 1987 r. To tzw. Studium Wojskowe znajdowało się w budynku poza kompleksem uniwersyteckim i uczęszczało się do niego jeden dzień w tygodniu przez cały rok akademicki. Podzielonych na grupy studentów (także dziewczyny) uczyli tam wytypowani przez dowództwo wykładowcy wojskowi. Jak przypuszczam, jak we wszystkim w przecudnym komuszym państwie, ich wytypowanie do tej roli odbyło się w wyniku selekcji negatywnej. I choć z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że większość z tych wykładowców była w miarę normalna, to jednak pewną część wśród nich tworzyła spora grupa różnego rodzaju psychopatów. Niestety, to właśnie ci dewianci utwierdzali w naszych młodych umysłach przekonanie o tym, że wojsko jednak jest wylęgarnią patologii.

Jeden z takich osobników, a dokładniej major M. sprawiał studentom szczególnie wiele przykrości. Celował zwłaszcza w różnych złośliwościach wobec słuchaczy swoich przymusowych wykładów, które legitymizował pod pozorem przestrzegania regulaminów wojskowych. Z tego powodu na jego zajęciach zachowywałem szczególną czujność, ale i tak nie uchroniło mnie to przed jego socjopatycznymi zachowaniami. Pewnego razu po przerwie kazał nagle niespodziewanie zamknąć drzwi do sali w której mieliśmy wykłady, choć przerwa na jakiej wszyscy byli jeszcze się nie skończyła, a potem zaczął sprawdzać obecność. Tym, których nie wyczytał, groziły surowe konsekwencje z których najgorszą był przymus powtarzania jego zajęć w innym terminie lub ich indywidualnego zdawania.

Podczas tego rytualnego odczytywania listy obecności, przez pomyłkę nie wyczytał mojego nazwiska i wpisał mi nieobecność, choć w ogóle nie wychodziłem z sali. Natychmiast mu to zgłosiłem, ale on nie przyjmował tego wiadomości, co więcej, powiedział mi z szyderczym uśmiechem na twarzy, że mam przyjść do niego zdać te zajęcia na których mnie rzekomo nie było. W takich okolicznościach wywiązała się między nami dyskusja, która szybko przyjęła postać karczemnej awantury z moimi groźbami pod jego adresem. Koledzy byli wstrząśnięci moją postawą i awanturą jaką wówczas urządziłem. Trudno się im zresztą dziwić, bo choć uważali mnie za dziwka to raczej spokojnego. Ale ten mój spokój skrywał zawsze we mnie niespożyte pokłady emocji i energii, które w sytuacji konfliktowej stawały się groźne, nieokiełznane i destrukcyjne. Także wcześniej i później w sytuacjach konfliktowych z moich udziałem zawsze było podobnie: ja się broniłem i delikatnie coś komuś sugerowałem, a ten ktoś nie reaguje lub ostentacyjnie mnie lekceważy, a potem się dziwi moją gwałtowną reakcją. Tak było i tamtym razem. Wielu z moich dawnych kolegów ze studiów pamięta mi to zdarzenie i wypomina mi je do dzisiaj. Ale też ci sami ludzie przeważnie nie widzą własnych wad, a niektórzy mają je wręcz za zalety.

W każdym razie już myślałem, że wyleją nie ze studiów, ale jakoś przeżyłem – dzięki szczęściu, a także pewnym dwu dodatkowym okolicznościom. Pierwszą było to, że wstawił się za mną jacyś nieznani mi do dzisiaj wykładowcy z macierzystego Wydziału Nauk Społecznych (bo byłem dobrym studentem). A drugą było to, że tenże major miał fatalną opinię także wśród szefostwa tego Studium Wojskowego, bo ciągle robił jakieś problemy na czym cierpiał prestiż także innych wykładających tam wojskowych. W ostatecznym rozrachunku promował mnie osobiście pewien pułkownik, kierownik tego studium, co nie było takie oczywiste, bo nie wszyscy moi koledzy z roku zdali to studium wojskowe.

Zemsta „zza grobu”

Jak to zwykle bywa, ów major ze studium wojskowego, choć na samym studium niewiele mógł mi zrobić, to jednak postarał się o to, aby uprzykrzyć mi dalsze życie. Ale ja jeszcze o tym nie wiedziałem. Gdy w latem w 1989 r. zdałem ostatnie egzaminy na uczelni i zostałem dumnym ze swych osiągnięć magistrem historii oprócz świetlanej przyszłości w szkolnictwie czekała na mnie też kariera wojskowa, choć jeszcze o tym nie wiedziałem. Wojsko upomniało się o mnie jesienią tego samego roku dając mi skierowanie do Szkoły Podchorążych Rezerwy w Bemowie Piskim.

Mając ten „wilczy bilet” podjąłem intensywne starania o wymiganie się od tej wątpliwej przyjemności jaką była obowiązkowa służba wojskowa – nawet jak to miała być podchorążówka. Liczyłem na to, że jako osoba z kategorią zdrowia „A3”, a więc o bardzo kiepskiej kondycji zdrowotnej jak na potrzeby szkolenia wojskowego, zacząłem się starać o uzyskanie kategorii „E” czyniącej ze mnie całkowicie niezdolnego do wykonywania obowiązków tejże służby. Oczywiście głównym powodem takiego przyporządkowania zdrowotnego mojej osoby był słaby wzrok, co jest niewątpliwym faktem, bo od dziecka noszę okulary. I praktycznie nigdy w dzień ich nie zdejmuję, chyba, że nie chcę czegoś widzieć.

Rozpocząłem więc wędrówkę po różnego rodzaju wskazanych okulistach, czy raczej okulistkach, bo w większości były to kobiety, starając się o uzyskanie od nich dokumentu zwalniającego mnie ze służby wojskowej. I choć niezliczone wizyty prywatne wykazały że mam słaby wzrok, to jednak żadna z tych okulistek nie chciała mi wydać dokumentu stwierdzającego niezdolność do służby wojskowej. Jedna z tych Pań okulistek mająca znajomości w kręgach wojskowych była tego bliska, ale w końcu też mi takiego dokumentu nie wydała, bo powiedziała mi, że nie może nić zrobić, bo ktoś z wojska uwziął się na mnie i blokuje moje starania w tym względzie. Oczywiście uznałem, że to był ten major z którym popadłem ongiś w ostrą sprzeczkę. Na szczęście wydała mi zaświadczenie o tym, że mam bardzo słaby wzrok i choć będę szkolony w wojsku to nie będę mógł wykonywać wielu siłowych czynności szkodzących mojemu zdrowiu. Dokument ten bardzo skutecznie chronił mnie w przyszłości, gdy już byłem w wojsku, przed wieloma uciążliwymi obowiązkami w koszarach.

Dobre słowo od polskiej prawicy na Boże Narodzenie

  Jezus Żydem! Puknij się w czoło ty lewacka kurwo! Jesus is a Jew! Knock yourself on the forehead, you leftist whore!