poniedziałek, 24 sierpnia 2020

Moja służba wojskowa, czyli wspomnienie niedoszłego generała, cz. 1




Wstęp

W tym roku w czerwcu minęło 30 lat odkąd wróciłem z wojska, a dokładniej z obowiązkowej służby wojskowej w szkole podchorążych rezerwy. To był dla mnie wielki dzień, bo od najmłodszych lat w domu i w szkole straszono mnie wojskiem i patologiami jakie w nim występują. W zasadzie to cieszyłem bardziej od innych, którzy wrócili z wojska, bo ja szedłem do nie go z przekonaniem, że raczej żywy z niego nie wrócę, albo co najwyżej zostanę z niego wypuszczony, czy raczej przeniesiony jako osadzony w więzieniu odsiadujący dożywocie za zabicie jakiegoś oficera psychopaty, czy równie zwichrowanego psychicznie kolegę z sali.

Każde państwo ma wojsko

W zasadzie każde państwo jest przymusową organizacją prawną posiadającą określone terytorium, ludność, suwerenną władzę i zdolność do zawierania układów z innymi państwami czy organizacjami międzynarodowymi. Oczywiście takie państwo może mieć różną formę rządów, np. być demokracją czy totalitarnym. Jednak niezależnie od okresu czasu i formy ustroju przeważnie każde państwo posiada zawsze aparat przymusu w postaci policji i wojska. To drugie nazywane obecnie siłami zbrojnymi służy do obrony tegoż państwa przed zagrożeniami zewnętrznymi. I faktycznie siły zbrojne są potrzebne każdemu państwu, bo inaczej nasz piękny kraj mogła by najechać armia jakiejś groteskowego państewka np. Górnej Wolty (obecnie Burkina Faso) i uczynić z nas swą kolonię.

Tak więc już na początku tego wywodu chcę podkreślić, że mam świadomość konieczności istnienia wojska i nie jestem jakimś bezmyślnym pacyfistą. Jednak docenianie znaczenia wojska dla ochrony państwa nie oznacza jednak jego bezkrytycznego wielbienia, ku uciesze różnej z reguły bezrefleksyjnie wpatrzonej w mundur gawiedzi o militarystycznych skłonnościach. W związku z nie najlepszą opinią o wojsku jako instytucji, a także z powodów ekonomicznych i politycznych, w wielu krajach istniała obowiązkowa służba wojskowa. W Polsce obowiązkowa służba wojskowa istniała do 2009 r. Począwszy od tego roku całość spraw wojskowych przejęli zawodowi żołnierze. Uważam, ze to bardzo dobre rozwiązanie, bo we współczesnych warunkach jedynie ludzie o odpowiednim stanie zdrowia, predyspozycjach psychicznych i zdolnościach bojowych powinni być żołnierzami. Inaczej armia jest jedynie przypadkowym zbiorem ludzi udających wojsko.

Wojsko ludowe

Niestety, jako osobnik z jednego z ostatnich roczników pokolenia baby boomers całe moje dzieciństwo i wczesna młodość oraz pierwsze lata dorosłości przypadły na okres PRL, a więc życia w państwie realnego socjalizmu jakie ustanowili w Polsce w końcowej fazie II wojny światowej polscy komuniści pod rosyjskim protektoratem. W związku z tym, że faktycznie było to państwo totalitarne szczególną rolę odgrywały w nim różnego rodzaju siły milicyjne, bezpieczeństwa i wojsko. W okresie tej Rzeczypospolitej Ludowej funkcjonowało Ludowe Wojsko Polskie, które jednak z ludem miało mało wspólnego, a jak już to jego „ludowość” przejawiała się w nim z jak najgorszej strony - jako tyrania głupszych, ale cwańszych i silniejszych nad myślącymi i słabszymi.

Obowiązkowa służba wojskowa w tym „ludowym” wojsku służyła nie tyle szkoleniu żołnierzy, co ich indoktrynacji na przymusowych szkoleniach politycznych, a przede wszystkim na łamaniu charakterów silą wcielonych do takiego wojska ludzi. Najbardziej narażeni na szykany byli osobnicy o postawie silnie indywidualistycznej, czy też ludzie bardziej wrażliwi i słabsi psychicznie. Ich główną winą było to, że nie byli w stanie podporządkować się bezmyślnemu wojskowemu drylowi. Na takim systemie korzystała władza, której łatwiej było manipulować zastraszonymi poborowymi, a także różnego rodzaju kreatury awansujące w tego rodzaju hierarchii. Oczywiście wśród oficerów i podoficerów nie brakowało ludzi inteligentnych i normalnych jednak, jak zawsze w tego rodzaju wypadkach, ton całości nadawali wspomniani wcześniej cyniczni karierowicze i różnego rodzaju zwyrodnialcy.

Oczywiście efektem takiej organizacji wojska, opartego na indoktrynacji i zastraszeniu, było wypaczenie samej idei wojska jako instytucji apolitycznej i służącej do obrony państwa. Bardziej służyło ono utrzymywaniu społeczeństwa w posłuszeństwie wobec partii rządzącej niż obronie kraju, zwłaszcza, że całe dowództwo, w większości wyszkolone w Moskwie, było bardziej lojalne obcemu mocarstwu niż państwo, którego rzekomo miało bronić. Z takiego stanu rzeczy zdawali sobie sprawę jedynie najbardziej uświadomieni, ale za to wszyscy mieli niechętny stosunek do wojska z powodu przymusu przeszkolenia wojskowego w ramach obowiązkowej służby wojskowej.

Cudowność wojska dla cwaniaków

Jak się okazuje w praktyce przymus obowiązkowej służby wojskowej powodował niechętny stosunek do wojska także już po upadku systemu komunistycznego w Polsce i powstaniu państwa demokratycznego. Przyznają to nawet w swych opiniach zawodowi żołnierze. Co więcej wskazują, że wbrew także współczesnej propagandzie, obowiązkowa służba wojskowa mało kogo zmieniał na lepsze. Jak podaje pewien anonimowy zawodowy żołnierz: „Jeżeli do służby trafiał cwaniak, to wychodził z niego będąc jeszcze większym cwaniakiem. Z tym, że przez ta kilkanaście miesięcy nauczył cwaniakować jeszcze innych”.

Oczywiście w propagandzie przede wszystkim podkreśla się liczne wspomnienia z pobytu mężczyzn w wojsku będących rzekomo najlepszymi chwilami w ich życiu. Ale nawet oni podświadomie dodają, że te wszystkie nostalgiczne i miłe wspomnienia byłych żołnierzy zasadniczej służby wojskowej opierają się jedynie na przyjemnych nielicznych momentach tej służby: umacnianiu się fizycznie i psychicznie w warunkach koszarowych oraz poligonowych oraz na wspólnych przeżyciach z kolegami. Dla wielu przymusowy pobyt w wojsku był też elementem budowy ich męskiej tożsamości, a przynajmniej tego jej wariantu jaki charakteryzuje typowego miejskiego wiejskiego „maczo”, tyleż „byczkowatego”, co tępego.

Jednak nie wszyscy mają tak miłe wspomnienia z wojska jak tego typu osobnicy, bo np. byli w takim wojsku podwójnie gnębieni: służbowo – przez komuszych podoficerów i oficerów oraz „falowo” - przez swych nadgorliwych kolegów psychopatów. Tacy „szkoleni” dodatkowo poborowi byli często doprowadzani do skrajnego wyczerpania psychicznego i fizycznego co prowadziło ich do podejmowania prób samobójczych. Ci najbardziej twardzi i oporni kierowani byli do jednostek karnych, gdzie podawano ich wymyślnym zabiegom pschofizycznym. To właśnie z tej grupy było wielu kolejnych samobójców lub ludzi, którzy z wojska wracali jako osobnicy z trwałymi skazami psychicznymi.


Wojsko jako straszak

Pamiętam, że jak byłem dzieckiem, a wiec w latach 70. XX w., to często słyszałem połajanki w rodzaju: „jak będziesz się tak zachowywał, to w wojsku długo nie pożyjesz”, albo „w wojsku nauczą cię moresu”, lub też „w wojsku cię wyćwiczą”, albo najbardziej skrótowo – „w wojsku dadzą ci w dupę”. Za każdym razem oznaczało to mniej więcej tyle, że wojsko każdego niepokornego złamie i przymusi do bezmyślnego posłuszeństwa. Oczywiście tego rodzaju sugestie nie pozostały obojętne dla mojego młode umysłu, a wraz z opowieściami o patologiach jakie panowały w wojsku opowiadanymi przez byłych żołnierzy służby zasadniczej robiły na mnie piorunujące wrażenie.

Tak więc dosłownie z każdym dniem swego dorastania coraz bardziej uświadamiałem sobie, że zbliża się dzień pójścia do wojska a wraz nim praktycznie koniec mojego żywota, bo raczej nie zakładem, że w tym ponurym i przesiąkniętym przemocą świecie wojskowych koszar jakimś cudem przeżyję. Wobec takiej perspektywy najważniejszą kwestią stawało się stworzenie planu, w którym uniknąłbym służby wojskowej. Jednak ten plan – o czym jeszcze wówczas nie wiedziałem – był praktycznie nierealistyczny, bo w komuszym państwie (i w większości innych, a zwłaszcza w takich w których rządzą różnego rodzaju tzw. patrioci) – wojsko zrobi wszystko by dorwać każdego delikwenta, jeżeli tylko ma go na liście, a dany osobnik ma obie ręce i nogi i nie jest niewidomym czy obłożnie chorym.

Przedsionek patologii – studium wojskowe

Moim pierwszym większym kontaktem z wojskiem był przymusowe szkolenie wojskowe na czwartym roku studiów w okresie od lata 1986 do lata 1987 r. To tzw. Studium Wojskowe znajdowało się w budynku poza kompleksem uniwersyteckim i uczęszczało się do niego jeden dzień w tygodniu przez cały rok akademicki. Podzielonych na grupy studentów (także dziewczyny) uczyli tam wytypowani przez dowództwo wykładowcy wojskowi. Jak przypuszczam, jak we wszystkim w przecudnym komuszym państwie, ich wytypowanie do tej roli odbyło się w wyniku selekcji negatywnej. I choć z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że większość z tych wykładowców była w miarę normalna, to jednak pewną część wśród nich tworzyła spora grupa różnego rodzaju psychopatów. Niestety, to właśnie ci dewianci utwierdzali w naszych młodych umysłach przekonanie o tym, że wojsko jednak jest wylęgarnią patologii.

Jeden z takich osobników, a dokładniej major M. sprawiał studentom szczególnie wiele przykrości. Celował zwłaszcza w różnych złośliwościach wobec słuchaczy swoich przymusowych wykładów, które legitymizował pod pozorem przestrzegania regulaminów wojskowych. Z tego powodu na jego zajęciach zachowywałem szczególną czujność, ale i tak nie uchroniło mnie to przed jego socjopatycznymi zachowaniami. Pewnego razu po przerwie kazał nagle niespodziewanie zamknąć drzwi do sali w której mieliśmy wykłady, choć przerwa na jakiej wszyscy byli jeszcze się nie skończyła, a potem zaczął sprawdzać obecność. Tym, których nie wyczytał, groziły surowe konsekwencje z których najgorszą był przymus powtarzania jego zajęć w innym terminie lub ich indywidualnego zdawania.

Podczas tego rytualnego odczytywania listy obecności, przez pomyłkę nie wyczytał mojego nazwiska i wpisał mi nieobecność, choć w ogóle nie wychodziłem z sali. Natychmiast mu to zgłosiłem, ale on nie przyjmował tego wiadomości, co więcej, powiedział mi z szyderczym uśmiechem na twarzy, że mam przyjść do niego zdać te zajęcia na których mnie rzekomo nie było. W takich okolicznościach wywiązała się między nami dyskusja, która szybko przyjęła postać karczemnej awantury z moimi groźbami pod jego adresem. Koledzy byli wstrząśnięci moją postawą i awanturą jaką wówczas urządziłem. Trudno się im zresztą dziwić, bo choć uważali mnie za dziwka to raczej spokojnego. Ale ten mój spokój skrywał zawsze we mnie niespożyte pokłady emocji i energii, które w sytuacji konfliktowej stawały się groźne, nieokiełznane i destrukcyjne. Także wcześniej i później w sytuacjach konfliktowych z moich udziałem zawsze było podobnie: ja się broniłem i delikatnie coś komuś sugerowałem, a ten ktoś nie reaguje lub ostentacyjnie mnie lekceważy, a potem się dziwi moją gwałtowną reakcją. Tak było i tamtym razem. Wielu z moich dawnych kolegów ze studiów pamięta mi to zdarzenie i wypomina mi je do dzisiaj. Ale też ci sami ludzie przeważnie nie widzą własnych wad, a niektórzy mają je wręcz za zalety.

W każdym razie już myślałem, że wyleją nie ze studiów, ale jakoś przeżyłem – dzięki szczęściu, a także pewnym dwu dodatkowym okolicznościom. Pierwszą było to, że wstawił się za mną jacyś nieznani mi do dzisiaj wykładowcy z macierzystego Wydziału Nauk Społecznych (bo byłem dobrym studentem). A drugą było to, że tenże major miał fatalną opinię także wśród szefostwa tego Studium Wojskowego, bo ciągle robił jakieś problemy na czym cierpiał prestiż także innych wykładających tam wojskowych. W ostatecznym rozrachunku promował mnie osobiście pewien pułkownik, kierownik tego studium, co nie było takie oczywiste, bo nie wszyscy moi koledzy z roku zdali to studium wojskowe.

Zemsta „zza grobu”

Jak to zwykle bywa, ów major ze studium wojskowego, choć na samym studium niewiele mógł mi zrobić, to jednak postarał się o to, aby uprzykrzyć mi dalsze życie. Ale ja jeszcze o tym nie wiedziałem. Gdy w latem w 1989 r. zdałem ostatnie egzaminy na uczelni i zostałem dumnym ze swych osiągnięć magistrem historii oprócz świetlanej przyszłości w szkolnictwie czekała na mnie też kariera wojskowa, choć jeszcze o tym nie wiedziałem. Wojsko upomniało się o mnie jesienią tego samego roku dając mi skierowanie do Szkoły Podchorążych Rezerwy w Bemowie Piskim.

Mając ten „wilczy bilet” podjąłem intensywne starania o wymiganie się od tej wątpliwej przyjemności jaką była obowiązkowa służba wojskowa – nawet jak to miała być podchorążówka. Liczyłem na to, że jako osoba z kategorią zdrowia „A3”, a więc o bardzo kiepskiej kondycji zdrowotnej jak na potrzeby szkolenia wojskowego, zacząłem się starać o uzyskanie kategorii „E” czyniącej ze mnie całkowicie niezdolnego do wykonywania obowiązków tejże służby. Oczywiście głównym powodem takiego przyporządkowania zdrowotnego mojej osoby był słaby wzrok, co jest niewątpliwym faktem, bo od dziecka noszę okulary. I praktycznie nigdy w dzień ich nie zdejmuję, chyba, że nie chcę czegoś widzieć.

Rozpocząłem więc wędrówkę po różnego rodzaju wskazanych okulistach, czy raczej okulistkach, bo w większości były to kobiety, starając się o uzyskanie od nich dokumentu zwalniającego mnie ze służby wojskowej. I choć niezliczone wizyty prywatne wykazały że mam słaby wzrok, to jednak żadna z tych okulistek nie chciała mi wydać dokumentu stwierdzającego niezdolność do służby wojskowej. Jedna z tych Pań okulistek mająca znajomości w kręgach wojskowych była tego bliska, ale w końcu też mi takiego dokumentu nie wydała, bo powiedziała mi, że nie może nić zrobić, bo ktoś z wojska uwziął się na mnie i blokuje moje starania w tym względzie. Oczywiście uznałem, że to był ten major z którym popadłem ongiś w ostrą sprzeczkę. Na szczęście wydała mi zaświadczenie o tym, że mam bardzo słaby wzrok i choć będę szkolony w wojsku to nie będę mógł wykonywać wielu siłowych czynności szkodzących mojemu zdrowiu. Dokument ten bardzo skutecznie chronił mnie w przyszłości, gdy już byłem w wojsku, przed wieloma uciążliwymi obowiązkami w koszarach.

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Życie w czasach zarazy

  
Wreszcie znalazłem trochę czasu, aby także na tym blogu dokonać jakiegoś nowego wpisu. A wpisów nie mam tutaj zbyt wiele głównie z powodu braku czasu, ale też braku koncepcji, co by tutaj wpisać. Brak czasu jest oczywisty, choć nie dla każdego oznacza on to samo. W moim wypadku wynika to z tej prostej przyczyny, że na raz prowadzę kilkanaście blogów i nie mam fizycznej możliwości szybkiego obsłużenia ich na raz. Z kolei wspomniany brak koncepcji nie wynika z braku myśli do przekazania, ale raczej z tego co by u napisać, aby komuś nie podpaść. A dokładniej rzecz biorąc chodzi mi o podpadnięcie, czyli narażenie się komuś, z powodu moich jasnych, ale radykalnych poglądów na różne tematy. Z drugiej strony jestem świadomy tego, że człowiek inteligentny może o różnych rzeczach napisać tak, aby wyłożyć swoje zdanie a przy tym przeżyć. Mnie jednak takie okrężne gadki trochę nudzą i lubię powiedzieć wprost, co faktycznie sądzę o różnych sprawach. I w ten sposób niekiedy długo pozostaję sam ze swoimi myślami, a niekiedy i planami, co by tutaj zrobić.

Jak przypuszczam, obecnie większość ludzi w cywilizowanych krajach, dzięki epidemii koronawirusa, ma więcej czasu niż zwykle, bo z konieczności musi siedzieć w domowej izolacji. Ja jestem domatorem, więc siedzenie w domu mi nie przeszkadza, natomiast bardzo przeszkadza mi brak wolności, a więc tego, że z tego domu nie mogę wyjść i robić tego na co akurat mam ochotę. A przeważnie mam ochotę na robienie rzeczy, których się zabrania. Ale też jestem człowiekiem myślącym, więc pokornie wykonuję zalecenia polskich władz sanitarnych.

Tematem dnia jest oczywiście globalna pandemia koronawirusa. Jeszcze rok temu jakby ktoś powiedziałby, że niebawem prawie cały świat zostanie sparaliżowany przez jakąś nieznaną chorobę, to niechybnie trafiłby do psychiatryka. A przecież, jak to zwykle bywa, o groźnej epidemii, która może zdziesiątkować ludzkość różni mądrzy ludzie, głównie naukowcy badający rzadkie choroby, w tym wirusolodzy, ostrzegali od lat. Ale oczywiści nikt ich nie słuchał. Także o koronawirusach wiedziano od dawna, a nawet pisano o nich prace naukowe, również w Polsce. Ale Ci, co badali ten problem, byli uważani za naukowców dziwaków, a ich ustalenia za zbyt kasandryczne, by się mogły spełnić. Notabene wirusolodzy w Polsce są najsłabiej opłacaną grupą lekarzy.

Problem polega też na tym, współczesny zadowolony z siebie człowiek, żyjący w wręcz w nadmiernym dostatku, w krajach bogatej Północy, w swej pewności siebie, bezrefleksyjnego rozmnażania się, bezwzględnej eksploatacji przyrody i pędzie do nieracjonalnego gromadzenia dóbr, nie znalazł chwili czasu, aby bliżej zainteresować się tym zagadnieniem. O ile zwykli ludzie mogą być głupi, i w większości nimi są (i nie chodzi mi o głupotę polegającą na braku wykształcenia, a o arogancję), to jednak tzw. służby specjalne z wielu krajów także nie wykazały się przezornością i dalekowzrocznością, bo nie przewidziały takiego rozwoju sytuacji jak obecnie. A powinny były to wcześniej odkryć, bo za swoją pracę liczą sobie raczej dużo, już nie mówiąc o tym, że uważają się za sprytne. Przede wszystkim jednak z tego powodu, że na pewno miały dostęp do tajnych informacji, jakich są pozbawieni przeciętni obywatele.

I jestem o tym całkowicie przekonany, że takie informacje o potencjalnie groźnej chorobie były przekazywane poszczególnym rządom, ale te je lekceważyły. A jak już faktycznie ta choroba się rozpoczęła pod koniec ubiegłego roku, to zatajały jej rzeczywisty zasięg i zagrożenia z nią związane. Na początku robił to głównie chiński rząd, aby chronić siebie i swą niedemokratyczną władzę. Ale nie lepszy był populistyczny rząd Trumpa w USA, który dla zysku i własnej propagandy zignorował listopadowe doniesienia własnego wywiadu w tej sprawie.

Już na początku nagłośnianej stopniowo epidemii w Chinach wydało mi się dziwne, że tamtejszy komunistyczny rząd nie wahający się kilkadziesiąt lat wcześniej rozjechać czołgami własnych obywateli na Placu Tian’anmen, a więc gotowy na nieograniczone straty własnej ludności, rzekomo w obronie obywateli zdecydował się na radykalne ograniczenie całej aktywności społeczno-gospodarczej w tak dużym ośrodku produkcyjnym, jakim jest kompleks miejski Wuhan w środkowych Chinach, liczący w sumie ok. 11 mln mieszkańców. Z tego powodu już wówczas pomyślałem, że sprawa jest znacznie poważniejsza niż lansowana w krajach Zachodu (w tym także w Polsce) teoria o kolejnej lokalnej odmianie grypopodobnego wirusa.

Dopiero na początku marca b.r. dla większości rządów na świecie stało się jasne, że to nie żadna grypa, a nowy wirus wiążący się wręcz idealnie z organizmem człowieka, bardzo zaraźliwy i groźny dla życia większości ludzi, na którego dodatkowo nie ma lekarstwa. Aby nie wzbudzać paniki informację tę jednak zatajano, a liczbę ofiar zaniżano, a ta ostatnia praktyka ma zresztą miejsce do chwili obecnej. Powoli też dawkowano wiedzę o tym jak rozprzestrzenia się ten wirus i kto jest najbardziej narażony na zachorowanie. Jak wiadomo wirus ten choć jest odzwierzęcy to rozprzestrzenia się drogą kropelkową z człowieka na człowieka. To dlatego głównym sposobem uchronienie się przed nim jest izolacja i kwarantanna. To tylko doraźne działania, bo właściwe byłoby raczej ograniczenie jego rozpowszechniania się. Jednak na razie to nie tylko nie ma na niego szczepionki (ciekawe czy antyszczepionkowcy tak samo hardo jak wcześniej, też nie będą się chcieli na niego szczepić?), ale brakuje nawet banalnych środków ochronnych dla ludzi i medyków.

Najbardziej narażeni na zachorowanie są ludzie starsi i schorowani, ale także ludzie młodzi, w tym osoby o niewłaściwej grupie krwi, a także osoby osłabione chorobami przewlekłymi, takimi jak nadciśnienie, cukrzyca, choroby kardiologiczne, autoimmunolgiczne i nerek. Właściwie połowa ludności może się spokojnie załapać w kolejce na kandydata do zarażenia tym wirusem. I nie będą tutaj miały znaczenia takie sprawy jak pochodzenie etniczne, wyznanie, zasługi polityczne, pozycja społeczna i bogactwo, bo wszyscy „wytypowani” przez wirusa na śmierć, i tak umrą w męczarniach przez uduszenie. Jak ktoś nigdy się wcześniej nie dusił z powodu niemożności zaczerpnięcia powietrza, to nie wie jakie to straszne uczucie jak nie można oddychać. I to z tego powodu panuje taka panika, bo ludzie podświadomie wiedzą, że ten wirus, to nie żarty, i można z jego powodu skonać w męczarniach, a całe ich mozolnie budowane życie legnie w jednej chwili w gruzach i to bez możliwości pożegnania się nawet z bliskimi.

Oczywiście ta pandemia to ogromna tragedia i trauma dla całej cywilizowanej ludzkości i nawet żadni zysku kapitaliści boją się o swoją egzystencję i czują pewną odpowiedzialność za losy innych ludzi, dlatego zgodzili się na jej czas pozamykać swoje przedsiębiorstwa. Nie dotyczy to jednak pewnych żądnych władzy reżimów, które postanowiły wykorzystać stan epidemii do wzmocnienia swojej władzy. Ich nikczemne działania podczas epidemii sprowadzają się do chęci umocnienia już posiadanej władzy przy wykorzystaniu do tego wprowadzonych w poszczególnych krajach epidemiologicznych stanów nadzwyczajnych., np. na Węgrzech. Niestety jednym z takich krajów jest też Polska, gdzie prawicowo-populistyczny rząd kierowany zakulisowo przez cynicznego i żądnego władzy starca, chce przeprowadzić wybory prezydenckie w środku trwającej epidemii z narażeniem życia połowy ludności kraju tylko po to, aby utrwalić swą władzę. A to z powodu zarysowującego się w przyszłości nie na żarty wielkiego kryzysu gospodarczego z milionami bezrobotnych, do jakiego doprowadzi już wkrótce obecna pandemia i wcześniejsza nierozsądna polityka gospodarcza obecnej ekipy rządzącej.

Co do pracy w domu, to w instytucji w jakiej pracuję już wcześniej nie jeden raz z niej korzystałem, więc mnie nie dziwi fakt, że obecnie pracuję w domu. Bo czyż to jest jakaś różnica pomiędzy tym, że się siedzi nad jakimiś projektami w biurze w pracy, a w domu? Generalnie nie ma. Ale pomiędzy dobrowolną pracą w domu a wymuszoną, tak jak obecnie,  są też jednak pewne różnice. Tym, co obecnie najbardziej ogranicza mnie w pracy w domu jest brak swobody w dostępie do zabytków, zabytkowych książek i archiwów (bez nich jestem jak rekin bez zębów). A dostęp do tych zbiorów jest obecnie niemożliwy, gdyż wszystkie instytucje je posiadające są czasowo przymusowo zamknięte.

Inną trudnością mojej obecnej pracy w domu są mocno poluzowane więzi z pozamuzealnymi kontrahentami, którzy przygotowywali na zlecenie mojej instytucji różne specjalne prace. Teoretycznie niby mogą je oni wykonywać w domu, i po części tak się dzieje, np. tak pracujemy nad kolejnymi książkami planowanymi do wydania przez Muzeum. Ale część tych zleceń obejmuje prowadzenie działań w terenie, w wyniku których miały powstać nowe projekty naukowe muzeum zakończone publikacjami wycieczkami itp. I to właśnie ich realizacja wymaga wyjścia poza dom czy biuro, w celu spotykania się z wcześniej wskazanymi ludźmi w terenie, a także do bibliotek i archiwów. A to nie jest obecnie możliwe, przez co wykonanie pewnych prac jest bardzo utrudnione lub czasowo niewykonalne.

Cóż pozostaje zwykłemu człowiekowi obecnie robić? Na razie można jedynie nadal pokornie stosować się do rozsądnych zaleceń ministra Szumowskiego, pozostawać w domowej izolacji i mieć wiarę w to, że epidemia w kraju zostanie ograniczona, następnie opanowana i wreszcie zlikwidowana. Na razie możemy jedynie robić swoją pracę w domu (dla pracy i siebie), czekać na lek i mieć ufność w Bogu, że nas nie opuścił.

 Ilustracja pochodzi z portalu Pixabay.

poniedziałek, 25 listopada 2019

Video hity 1988 – zestawienie z magazynu „Ekran”, nr 52 z 29 XII 1988 r.

Obecne pokolenie ma wszystko pod ręką i to dosłownie. Wystarczy że wpisze w przeglądarce internetowej dowolny tytuł płyty z muzyką czy filmu i w większości wypadków natychmiast i za darmo może go posłuchać czy oglądać. Takiego luksusu nie miało jednak pokolenie do jakiego należę, a więc pokolenie urodzonych w latach 60., którego młodość przypadła na lata 80. XX w.

Jednak w tamtym czasie dostęp do muzyki i filmów w ogarniętej kryzysem gospodarczym i izolowanej na arenie międzynarodowej komunistycznej Polsce nie był taki sam. Dużo łatwiej, choć znowu nie aż tak łatwo jak obecnie, można było pozyskać nowe płyty do nagrania czy posłuchania. Działo się tak, gdyż zachodnie płyty z muzyką popularną prezentowano regularnie na antenie Polskiego Radia, choć oczywiście można by mieć wiele uwag co do ich doboru, ale jednak były dostępne. Natomiast zachodnie filmy, zwłaszcza wielkie produkcje amerykańskie, a zarazem najbardziej pożądane przez polską wygłodzoną publiczność, można było zobaczyć jedynie w kinach.

Innymi słowy, jak ktoś chciał posłuchać dobrej muzyki, to wystarczyło, że nagrał ją sobie w jednej z wielu ówczesnych audycji radiowych lub przegrał od kogoś znajomego. A jak chciał zobaczyć dobry film, to nie miał zbyt wielkiego wyboru i mógł zobaczyć jedynie to, co komunistyczna cenzura dopuściła na polski rynek kinowy. Oczywiście w radiu też była cenzura, ale jednak nie była ona taka dokuczliwa jak ta, która dopuszczała filmy na ekrany polskich kin. W całej tej sprawie dochodził jeszcze jeden czynnik, a mianowicie koszty. W PR prezentowano zachodnie płyty winylowe bez żadnych opłat licencyjnych, natomiast w polskich kinach starano się wyświetlać jedynie filmy legalnie zakupione prze państwo komunistyczne. Obok cenzury, to był właśnie główny powód niedostępności wielu tytułów filmowych na oficjalnym polskim rynku kinowym.

Ludzie z mojego pokolenia całą wiedzę o filmie czerpali głównie z wydawanych w Polsce magazynów filmowych takich jak „Film” i „Ekran”. Były też oczywiście nieliczne książki o filmie, pisane przez rodzimych dziennikarzy, np. Aleksandra Jackiewicza. Ten ostatni był autorem m.in. książki pt. „Mistrzowie kina współczesnego” (1977), którą wielokrotnie dokładnie studiowałem, a także opracowania „Kino na świecie” (1983). Jednak najczęściej książki te nie obejmowały opisów kina najnowszego, typowo komercyjnego, hollywoodzkiego, a więc tego najbardziej pożądanego przez złaknioną masowej rozrywki filmowej publiczność.

Zmiany na rachitycznym polskim rynku filmowym przyszły wraz z erą magnetowidów jaka nastała na świecie w latach 80. Słowo magnetowid pochodzi o grecko-łacińskich słów oznaczających połączenie magnetofonu i wideo, a więc urządzenia do zapisu na taśmie magnetycznej sygnału wizyjnego i towarzyszącego mu sygnału fonicznego. Pierwsze urządzenia do zapisu wideofonicznego skonstruowało amerykańskie przedsiębiorstwo Ampex w 1953 r. W 1965 r. pojawiły się pierwsze magnetowidy do użytku domowego, a w 1971 ich seryjną produkcję uruchomił koncern Philips. Urządzenia te były jednak duże i nieporęczne dlatego przypominały duże magnetofony szpulowe, a na dodatek były bardzo drogie.

Rewolucja przyszła wraz z konstrukcją magnetowidów opartych na taśmie zamkniętej w kasetach. Równolegle patent taki opracowało kilka firm przy czym najpopularniejszymi systemami szybko stały się: Betamax firmy Sony i VHS firmy JVC. Produkt firmy Sony był lepszy jakościowo, ale był droższy, a taśma w kasecie była krótsza, co uniemożliwiało nagranie dłuższego filmu w całości. Z tego powodu na świecie przyjął się powszechnie system VHS (Video Home System) opracowany przez JVC w 1976 r. Kasety tej firmy dawały obraz gorszej jakości, ale były tańsze i umożliwiały nagranie na jednej kasecie dwugodzinnego filmu (a potem nawet dwóch takich filmów) dlatego stały się popularne wśród ludzi. Do ich upowszechnienia przyczynił się także przemysł pornograficzny wydający na nich swe dzieła.

W Polsce lat 70. magnetowidy szpulowe firmy Philips mieli tylko nieliczni, najczęściej ludzie władzy. Bardziej dostępny magnetowid stal się dopiero w formie VHS. Jednak na przeszkodzie jego upowszechnieniu na początku lat 80. stanął kryzys polityczno-gospodarczy. Pogrążył on Polskę przez całą dekadę w stagnacji i biedzie. To właśnie brak środków był główną przyczyną słabego przyjęcia się tej techniki w Polsce u progu dekady lat 80.

Pierwsze magnetowidy VHS pojawiły się w Polsce już w latach 1980-1982, ale wówczas - jak już wspomniano - na ich zakup stać było jedynie najbogatszych, najczęściej ludzi pracujących na Zachodzie lub mających tam krewnych. Większość z około trzech tysięcy działających wówczas w kraju magnetowidów znajdowała się zresztą w posiadaniu instytucji państwowych. Do masowej świadomości istnienie takich urządzeń wprowadzono dopiero w latach 1983-1984. Przełomowym momentem była prezentacja możliwości magnetowidu VHS (nagrywanie ulubionych programów, przewijanie, ponowne oglądanie itp.) w programie „Sonda” nadanym w TVP 29 XII 1983 r. Dokonano tego w odcinku „Video ‘83”. Przy tej okazji zaprezentowano także odtwarzacz płyt kompaktowych i system Dolby.

Pierwszy okres masowej mody na magnetowidy w PRL miał miejsce w latach 1985-1986. W tym czasie można było je już swobodnie kupić w sieci sklepów „Pewex” czy „Baltona”  w cenie od 400 do 500 dolarów. W stosunku do cen z 1981 r. kiedy takie urządzenia kosztowały po ok. 1000 dolarów był to znaczący spadek, jednak dla Polaka zarabiającego miesięcznie przeciętnie ok. 25-30 dolarów, były to niebotyczne ceny. Drogie były też same kasety VHS, które w tym czasie kosztowały po ok. 6 dolarów za sztukę.

To głównie z tego powodu nadal mało kogo w Polsce było stać na zakup magnetowidu i oglądanie filmów w zaciszu domowym. Za to ogromną popularnością cieszyły się publiczne pokazy filmów na kasetach VHS organizowane przez kluby studenckie i spółdzielnie osiedlowe. Oczywiście nie były to prezentacje z legalnych nośników, a pirackich kopii z pół amatorskimi polskimi tłumaczeniami. Ale atrakcja polegała na tym, że można było wreszcie zobaczyć filmy o jakich się czytało, a jakich nigdy nie można było zobaczyć w oficjalnych kinach w Polsce.

W tym czasie studiowałem i pamiętam jak sam uczestniczyłem a takich pokazach organizowanych przez studencki klub miłośników kina na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Jakość prezentowanych na jego pokazach kopii była dramatycznie niska, a cena wstępu dość wysoka, ale i tak cieszyły się one dużą popularnością. Pamiętam jak w 1987 r. udaliśmy się na prezentację zapowiedzianego przez organizatorów filmu Stanley’a Kubricka „Mechaniczna Pomarańcza” (1971). Przed projekcją okazało się, że nie zdołano go „załatwić”, a w zamian zgromadzonej publiczności zaprezentowano najnowszy film tego reżysera pt. „Full Metal Jacket” (1987). Odbyło się to jednak na kopii tak słabej jakości, że miejscami było widać tylko przemieszczające się plamy.

W połowie lat 80. Instytut Kinematografii za pośrednictwem podległych mu organizacji, głównie Centrali Dystrybucji Filmów zorganizował w kilku większych miastach w kraju (Warszawie, Krakowie, Katowicach i Gdańsku) państwowe wypożyczalnie kaset HVS z filmami. Wkrótce później, bo ok. 1987? r. taka państwowa wypożyczlania powstała także w Gliwicach w budynku dawnego browaru przy ówczesnej ul. Wieczorka (obecnie Siemińskiego, wcześniej Klasztornej). Niestety oferta tych wypożyczalni była bardzo uboga i ograniczała się do kilkudziesięciu tytułów. Przeważnie były to filmy dopuszczone już wcześniej do kin, a co gorsza, w większości były to obrazy polskie. Istniejąca lukę w rynku powoli zapełniła prywatna firma zajmująca się dostarczaniem kaset z filmami VHS na polski rynek. Mowa o powstałym w 1985 r. przedsiębiorstwie ITI Home Video. Jednak i ono w pierwszych latach nie miało zbyt wielkich możliwości, zwłaszcza finansowych, aby sprowadzić legalnie do Polski satysfakcjonujący kinomanów repertuar.

Z powyższych powodów począwszy od drugiej połowy lat 80. w kraju rozwijał się intensywnie piracki rynek wypożyczalni kaset wideo. Początkowo takie nielegalne wypożyczalnie kaset znajdowały się w prywatnych mieszkaniach i nie były oznakowane, więc jak ktoś chciał wypożyczyć z nich film musiał wcześniej uzyskać „dojście” do właściciela. Udostępniane w nich filmy najczęściej pochodziły z trzech źródeł: sprowadzano je z Niemiec, Związku Radzieckiego lub nagrywano z telewizji satelitarnej.

Ludzie zajmujący się takim udostępnianiem najczęściej jedynie dorabiali do swoich zarobków, stąd ich produkty były dość marnej jakości. Ale była też niewielka grupa zawodowych dystrybutorów bardziej starających się o jakość nagrań i tłumaczeń. To właśnie oni jako pierwsi organizowali profesjonalne tłumaczenia filmów, bardziej dbali o jakość kopii, a także wymieniali się z innymi podobnymi dystrybutorami, aby mieć większy asortyment filmów do udostępnienia. W takiej postaci, przegrane w kilkunastu kopiach filmy, z przygotowanej pirackiej „taśmy matki”, były potem sprzedawane w wybranych punktach, a najczęściej na bazarach. Ludzie je kupowali, a po obejrzeniu wymieniali się takimi kasetami z dystrybutorem na bazarze za niewielką opłatą lub za darmo pomiędzy sobą.

Takie pirackie kasety nie miały okładek z oryginalnych kaset, bo podrażałoby to koszty ich produkcji, a dodatkowo na jednej kasecie przeważnie nagrane były po dwa filmy. Najczęściej opisywano je oryginalnymi tytułami (oficjalnych polskich nie było), które dla wypożyczających i tak nic znaczyły, bo ich nie znali. Działo się tak, bo nie opisywano ich w ówczesnej polskiej prasie filmowej, a Internetu przecież nie było. W takich okolicznościach jedyne czym się kierowano, to opisem gatunku jaki reprezentował dany film, stąd  na każdej kasecie był dopisek: „sensacja”, „dramat”, „komedia”, horror itp. Pozwalało to niezorientowanym wybrać rodzaj filmu jaki chcą zobaczyć. Niesłabnącym powodzeniem cieszyła się także wszelka pornografia.

Władzom nie podobała się taka działalność, bo umożliwiała oglądanie ludności zakazanych filmów np. z serii z Jamesem Bondem, a także ze względów podatkowych. Z tego względu w połowie lat 80. na bazary i do zadenuncjowanych wypożyczalni wysyłano agentów Służby Bezpieczeństwa i urzędników skarbowych. Rychło okazało się że pionierami wideo piractwa w kraju byli ludzie powiązani z władzą i organizujący dla niej rozrywkę, więc sprawę wyciszono.

Pierwsze legalne prywatne wypożyczalnie na większą skalę pojawiły się w Polsce dopiero w 1988 r. Ich głównym zaopatrzeniowcem była stale rozrastająca się firma ITI Home Video. Dostarczaniem filmów na kasetach zajęła się także Centrala Dystrybucji Filmów działająca pod nazwą Przedsiębiorstwa Dystrybucji Filmów. W ten sposób pojawił się zestaw filmów z różnych gatunków jakie znalazły się potem w oficjalnych wypożyczalniach kaset VHS. Obok klasyki kina np. „Lot nad kukułczym gniazdem” znalazły się tutaj nowości np. „Koktajl”, hity np. „Powrót do przyszłości” liczne filmy azjatyckie i amerykańskie prezentujące walki karate, np. „Karate Kid”, w tym obrazy z Jakie Chanem. Ogólnie jednak wybór filmów, z różnych względów, cenzuralnych, finansowych i z powodu gustu wybierających, nie był zbyt zadowalający dla publiczności.

Z tego powodu prym w dystrybucji filmów w latach 1988-1990 nadal wiedli piraccy przedsiębiorcy. Doskonale widać to w prezentowanym tutaj zestawieniu ulubionych przez publiczność filmów na VHS za 1988 r. opublikowanym w magazynie „Ekran”. Na czterdzieści najchętniej oglądanych przez widzów filmów na kasetach w tymże roku jedynie pięć miało w pełni legalną licencję. W szczególności to następujące obrazy: „Kobra” (Cobra), „Akademia Policyjna III” (Police Academy III), „C.K. Dezerterzy”, „Łowca robotów” (Blade Runner), „Zabójcza broń” (Leathal Weapon). Jak więc widać, to bardzo niewiele. Uwagę zwracają też dość dziwaczne tłumaczenia niektórych filmów, np. klasyka Ridleya Scotta, który występuję tutaj jako „Łowca robotów” zamiast „Łowca androidów”, a „Terminator” jako „Elektroniczny morderca”.

Pozostałe 35 wyszczególnionych tutaj filmów to już obrazy pirackie reprezentujące wszelkie gatunki, dramaty np. „Pluton”, komedie np. „Złote dziecko”, filmy sportowe np. „Rocky”, horrory np. „Autostopowicz”, filmy akcji np. „Komando”, itp. W sumie to dość przypadkowe zestawienie świadczące o małym wyrobieniu polskich miłośników filmu. O ile „Imię róży” raczej dobrze świadczyło o guście polskich wideofanów, to już „Lody na patyku” raczej były tego zaprzeczeniem.

W tamtym czasie takie zestawienie nie miało dla mnie większego znaczenia, bo i tak nie miałem magnetowidu i odpowiedniego telewizora do odbioru w kolorze na jakim mógłbym oglądać te filmy. Oba te urządzenia nabyłem dopiero w drugiej połowie 1990 r. Do tego czasu o filmach na wideo najczęściej z opowieści a jedynie nieliczne widziałem dzięki jednemu z kolegów ze studiów mającego krewnych w RFN. On miał jednak te filmy w niemieckiej wersji językowej i w razie seansu na jaki nas zapraszał (mnie i moją przyszłą żonę) musiał nam je na bieżąco tłumaczyć.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Jastrzębie-Zdrój Bzie – nieczynna stacja kolejowa

 
 
 
 

Znacząca część mojej młodości szkolnej i studenckiej upłynęła mi na dojazdach pociągami do szkoły a następnie na studia. W tamtym czasie zawsze punktem dojścia i przyjścia był dworzec kolejowy w Bziu, a dokładniej w Jastrzębiu-Zdroju Bziu.

Dworzec ten przetrwał do naszych czasów i znajduje się w pobliżu dawnego punktu skupu artykułów rolnych, a także niedaleko dużego skrzyżowania łączącego ulicę Pszczyńską, prowadzącą z Pawłowic do Jastrzębia-Zdroju, z ul. Niepodległości (dawniej Karola Świerczewskiego) prowadzącą w głąb Bzia. W rejonie tego skrzyżowania w okresie PRL powstało coś w rodzaju „mini dzielnicy przemysłowej” obejmującej bazy samochodowe i inne zakłady. Oczywiście obecnie po niej nie ma nawet śladu. W ich dawnych lokalizacjach powstały za to nowe małe przedsiębiorstwa.

Samo Bzie (niem. Goldmannsdorf) jest dawną wsią powstałą jeszcze w średniowieczu, a obecnie sołectwem wchodzącym od 1975 r. w skład miasta Jastrzębie-Zdrój. Wcześniej wieś wchodziła w skład powiatu pszczyńskiego, a potem wodzisławskiego.

Zachowany do chwili obecnej budynek dworca kolejowego w Bziu oddano do użytku 1 VI 1911 r. wraz z uruchomieniem odcinka kolei żelaznej na linii Pawłowice Śląskie – Jastrzębie-Zdrój. Linia ta była przedłużeniem istniejącej od 1884 r. linii kolejowej łączącej Orzesze z Żorami i Pawłowicami (doprowadzona w 1910 r.). Linię tę przedłużono w 1913 z Jastrzębia do Wodzisławia Śląskiego.

Głównym celem otwarcia tej linii kolejowej biegnącej przez Bzie była chęć ułatwienia dojazdu do rozbudowywanego uzdrowiska w Jastrzębiu-Zdroju (niem. Bad Königsdorff-Jastrzemb). Dodatkowym celem Niemców decydujących o jej uruchomieniu były też względy propagandowe mające pokazać mieszkającej tutaj większości ludności polskiej, że władze niemieckie dbają nie tylko o tereny przemysłowe, ale także rolnicze (rejon ten był wówczas prawie wyłącznie rolniczy).

Pierwotnie uruchomiono tutaj tylko jeden tor na potrzeby przewozów pasażerskich i towarowych. W okresie po 1945 r. rozbudowano sieć torowisk, głównie na potrzeby przewozów węgla z powstałych wówczas w okolicznych kopalń. W 1984 r. dokonano elektryfikacji linii kolejowej na odcinku od Pawłowic do Jastrzębia-Zdroju, a tym samym także stacji w Bziu. Odtąd kursował tutaj dość nowoczesny jak na tamte czasy elektryczny skład pociągu. To właśnie nim dojeżdżałem na studia do Katowic. Najczęściej z przesiadką w Pawłowicach i Orzeszu. Jedynie kilka pociągów dziennie (chyba dwa lub najwyżej trzy) miało bezpośrednie połączenie z Katowicami nie wymagające przesiadek.

Na przełomie lat 80. i 90. nadal bywałem na stacji w Bziu, przy czym wówczas podróżowałem na trasie Gliwice-Bzie, gdyż od 1988 r. na stałe zamieszkałem w Gliwicach. Nawet w czasach niemieckich ruch kolejowy na tym odcinku był słaby, w okresie lat 20.-30. sytuacja jeszcze się pogorszyła z powodu podziału Górnego Śląska (Gliwice były w Niemczech, a Jastrzębie-Zdrój w Polsce). Ten stan przełożył się także na okres po 1945 r., stąd nawet wówczas kursowały na tej linii tylko dwa lub trzy pociągi dziennie.

Linia kolejowa na odcinku Pawłowice Śląskie – Jastrzębie-Zdrój została zamknięta z dniem 18 II 2001 r. Od tego czasu stacja w Bziu stopniowo podupadała i zarastała dziką zielenią. Przed jej kompletną dewastacją ochronili ją byli pracownicy kolei mieszkający w budynku stacyjnym. Niestety, same perony prawie do tego stopnia zarosły krzewami i trawą, że zatraciły swój pierwotny wygląd. Te panoszące się chwasty i samosiejki są dość przygnębiającym obrazem upadku dworca w Bziu.

Jak już na początku wspomniałem, w dzieciństwie i młodości mieszkałem w Bziu (a dokładniej w Bziu Górnym) stąd przez wiele lat chodziłem na tę stację w celu dojazdu do szkoły zawodowej (1978-1981), potem technikum (1981-1984) w Żorach, a w końcu na studia do Katowic (1984-1987).

Na przełomie lat 70. i 80. zawsze rano przed budynkiem stacyjnym i na peronach kłębił się tłum młodzieży i dorosłych dojeżdżających do szkół i pracy. W większości ruch dotyczył dojazdu do Pawłowic Śląskich - i dalej w kierunku na Cieszyn (tam głównie młodzież do szkół), lub do Żor i Orzesza. Głównym i docelowym, miejscem dojazdu dla większości pasażerów były jednak Żory, gdzie młodzież dojeżdżała do szkół średnich a dorośli do licznych istniejących tutaj wówczas zakładów (ZWUS, Peberow, Fadom). Jedną z osób pracujących w kasie biletowej na stacji w Bziu była matka pewnej dziewczyny, z którą potem chodziłem na studia.

W okresie zimy a także podczas deszczu pasażerowie skwapliwie chronili się przed zimnem i deszczem w poczekalni dworcowej. Pamiętam jak niekiedy rozmawiałem z moimi kolegami ze szkoły podstawowej, a wówczas uczniami różnych szkół średnich w Cieszynie na tematy interesujące młodych. Niektórzy z tych kolegów np. Eugeniusz G. już nie żyją. Jak wielu innych odszedł przedwcześnie z powodu problemów z alkoholem.

Gdy byłem małym dzieckiem, czyli na początku lat 70. XX w., na trasie przez Bzie, jeździły wyłącznie archaiczne wagony pamiętające czasy przedwojenne z drewnianymi siedzeniami i napędzane starymi typami parowozów. Pamiętam to, gdyż niekiedy jeździłem takimi składami z babcią do krewnych w Jastrzębiu-Zdroju lub Wodzisławiu. Pomimo upływu lat także w latach 1978-1984 parowozy nadal królowały na tej linii jako główny środek pociągowy. Jedynie niekiedy jeździły na niej lokomotywy spalinowe. Natomiast zmianie uległy wagony, w tym czasie były to już nowoczesne wagony piętrowe z miękkimi siedzeniami.

Pamiętam jak na przełomie lat 70 i 80. gdy rano wsiadałem do jednego z takich wagonów, podczas dojazdów do szkoły lub na praktykę, to słyszałem dość głośno grającą muzykę. Puszczał ją z magnetofonu kasetowego firmy Thompson jeden z młodych ale już pracujących pasażerów. Były to modne wówczas nagrania disco, w tym głównie Boney M., Eruption itp. Także marzył mi się taki magnetofon i było mi bardzo przykro, że Rodzice nie chcieli mi takiego urządzenia kupić. I choć był to sprzęt już wówczas przestarzały, baterjożerny i zawodny to jednak nadal drogi, zwłaszcza jak na możliwości finansowe ucznia jakim byłem.

W trakcie jazdy stali pasażerowie zawsze jechali grupkami i zabawiali się rozmowami lub grą w karty. Niekiedy też jakaś grupa uczniów urządzała sobie wagary polegające na jeżdżeniu bez głębszego celu przez cały dzień od stacji początkowej do końcowej danej linii. W naszym wypadku była to najczęściej podróż z Bzia do Orzesza a następnie jazda do Jastrzębia-Zdroju lub Wodzisławia Śląskiego i powrót do stacji początkowej. Ja także raz dałem się namówić na takie kolejowe wagary.

W trakcie tej jazdy razem z kilkoma innymi kolegami zabijaliśmy czas rozmowami, grą w karty. W trakcie podróży wzmacnialiśmy się bułkami z pasztetem i tanimi oranżadami zakupionymi podczas postojów w dworcowych bufetach. Oczywiście była to moja słodka tajemnica, bo Rodzice nie byliby zachwyceni takim obrotem spraw. Niektórzy z tych moich ówczesnych kolegów zbyt dosłownie wzięli sobie do serca takie „kolejowe wycieczki” i inne atrakcje, stąd kilu z nich nigdy nie skończyło szkół do jakich chodzili.

Na fotografiach widać dworzec kolejowy w Bziu z różnych stron, od odnogi ul. Niepodległości (dawniej Karola Świerczewskiego) prowadzącej do budynku dworcowego, a także od strony torów kolejowych. Jedna z fotografii pokazuje zarośnięte dziką zielenią nieczynne od dawna perony.

czwartek, 4 lipca 2019

Świat jest iluzją a jego postrzeganie zleży od punktu widzenia


"Wszystko co słyszymy jest opinią, nie faktem. Wszystko co widzimy jest punktem widzenia, nie prawdą".

To słowa Marka Aureliusza bardzo dobrze opisujące to, jak postrzegamy świat. A każdy widzi na tym  świecie, to co chce widzieć, co dobrze ilustruje ta dołączona do tego postu iluzja rysunkowa. Czy widzimy w niej cztery, czy trzy deski zależy tylko i wyłącznie od punktu widzenia: ci z lewej widzą cztery, a ci z prawej - trzy deski.

czwartek, 16 maja 2019

Google+ - wspomnienie członka nieistniejącej sieci


Google+ to serwis społecznościowy firmy Google LCC istniejący od 28 VI 2011 do 2 IV 2019 r. Występował on także pod nazwami: Google Plus lub G+. Stworzono go jako alternatywę dla Facebooka i faktycznie przez pewien czas był on drugim największym tego rodzaju serwisem na świecie. Problem polegał na tym, że portal ten nie pozyskał dla siebie zbyt wielu zwolenników. W czerwcu 2018 r. należało do niego ok. jedynie 111 mln członków, gdy w tym czasie Facebook miał ok. 2,2 mld aktywnych członków. Jeszcze większym problemem G+ było to, że był on portalem „martwych dusz”, a więc osób które jedynie zarejestrowały się na nim, ale nie były jego aktywnymi członkami. Ja osobiście lubiłem ten portal, bo z wielu względów bardziej odpowiadał mi niż np. Facebook, ale moje preferencje nie miały znaczenia w globalnej ocenie tego serwisu.

Aktywnym uczestnikiem Google+ stałem się w październiku 2015 r. Do października 2018 r. dokonałem na tym portalu kilkuset wpisów a także pozyskałem 195 obserwatorów. To niebyt wiele zważywszy na fakt, że niektórzy z moich rozmówców mieli nawet po 1500 obserwatorów. Mnie nie zależało aż na takiej ilości stąd wielu osób, pomimo zaproszeń z ich strony, nie dodawałem do „obserwowanych”.

Z tych moich 195 obserwatorów tak naprawdę utrzymywałem jako taki kontakt z ok. 10 osobami. Byli to ludzi z Polski i innych krajów, kobiety i mężczyźni w różnym wieku. Przeważnie te osoby na obserwacji których mi najbardziej zależało, to byli fani muzyki i jej kolekcjonerzy. Z kolei kobiety to były głównie miłośniczki architektury, pejzaży, kwiatów i życia codziennego lub też ludzie szukający jedynie rozrywki w komunikacji z innymi osobami.

Najbardziej ceniłem sobie przynależność do zamkniętego kręgu What's in your music collection? („Co nowego w twojej kolekcji muzycznej?”) grupującego kolekcjonerów fizycznych nośników dźwięku. Założył go i zasady jego działania ustalił Brytyjczyk Phil Aston. Przez trzy lata publikowałem tam co tydzień jedną zawsze najbardziej nową płytę jaką kupiłem. Najbardziej aktywnym uczestnikiem tej grupy – poza mną – byli: Phil Ashton (miłośnik klasycznego rocka), Charlie White (miłośnik czarnych brzmień i jazzu), Even Spot (wielki miłośnik Alice’a Coopera), Aaron Thompson (miłośnik klasycznego rocka). W tej grupie jedynie ja i Even Spot byliśmy zwolennikami płyt CD, reszta zbierała głównie płyty winylowe. Charlie White także kupował niekiedy płyty CD, ale z reguły były to wyszukane wydania Delux Editon lub też specjalne wydania kompaktowe o podwyższonej jakości dźwięku np. wykonane w technice SACD. Przez pewien czas aktywnym uczestnikiem tego forum był też Diego Carmago zbierający klasykę rocka, w tym także płyty polskich wykonawców, a także Black QuickSand – miłośnik Black Sabbath i hard rocka lat 60. i 70.

Z Black QuickSand niekiedy dyskutowałem a nawet należałem do stworzonego przez niego forum „Hard&Heavy 60s 70s 80s”. Black był mniej więcej w moim wieku mieszkał w USA i miał jakieś tam bliżej niesprecyzowane polskie korzenie. Widać też było, ze jest dość religijny. Dobre relacje miałem też z Hiszpanem, czy może Baskiem Roberem Etxebarria który udzielał się głównie nie na forum „Siete Pulgades [7”]” i zbierał winyle i single winylowe. Przeważnie była to nieznana mi muzyka rockowa z Hiszpanii, głównie punkowa i nowofalowa.

Inne osoby z którymi niekiedy wymieniałem się poglądami o muzyce i bieżących sprawach to: Andrzej N., Radek R., Janusz Sz., Bartosz G.. Z kolei z osobą występująca pod pseudonimem Amadeusz (poezja, erotyka) dyskutowałem niekiedy o sprawach ogólnych.

Natomiast jedynie nawzajem lajkowałem się z następującymi osobami: Nefertiti Scott (prezentacja swojej osoby), Ercambu (? – grafika komputerowa), Rayka Bg (Bułgaria – prezentacja swojej osoby), Władimir Dunajew (muzyka), NexNexNex (Polska – patrotyzm, lotnictwo, marynarka), Doka Doka (Serbia – krajobrazy, architektura), Mark DeMartino (muzyka), Leon Night (muzyka), Roberto Pereira (muzyka), James Anderson (muzyka), Odbitka Próbna (fotografia), ben sam (różne tematy), votoja cz (krajobrazy Czech, kolej), Jakaminen A (progresywny rock), Wanda R-K (różne tematy), Hasio Sznup (tematy śląskie), Olga Rosa Marna (tematy czeskie i feministyczne), Dalia (architektura i zwyczaje z Izraela), Ognjen Dukić (krajobrazy Serbii i byłej Jugosławii), Ana Pinto de Barros (muzyka i tematy żydowskie), Władimir Szestenkow (muzyka), Aleksej Slencow (muzyka), Anita Grey (muzyka), William Carmago (krajobrazy Kolumbii), Terese Dudek (przypadkowe tematy, Racibórz), Martin Muemken (muzyka), Justy Smith (black metal), Ar-paeZong (muzyka), Diane Beckett (krajobrazy).

Podobnie do innych tego rodzaju serwisów znajomości zawierane za pośrednictwem G+ były w większości dość powierzchowne. Uczestnicy tej platformy przeważnie nie byli szczerzy wobec siebie i często unikali podania nawet swoich prawdziwych danych osobowych. Jak więc mieć zaufanie do kogoś, kto nie chce nawet powiedzieć jak się nazywa? Ale to także problemy innych portali społecznościowych. Ludzie cieszą się, że mają a nich wielu przyjaciół, gdy faktycznie nie mają tam nikogo na kim można by polegać a już zwłaszcza liczyć na pomoc w trudnej sytuacji.

Google+ było świadome nikłego zainteresowania swoim portalem, stąd od pewnego czasu go nie rozwijało. Przypuszczalnie te zaniedbania doprowadziły do luki w zabezpieczeniach, z powodu których w latach 2015-2018 doszło w nim do wycieku danych osobowych na niespotykaną skalę. Ujawniony skandal przyspieszył decyzję o zamknięciu portalu, co ogłoszono w październiku 2018 r. Pierwotnie planowano to na lato 2019 r., ale ostatecznie nastąpiło to już z dniem 2 IV 2019 r. 

Foto pochodzi z portalu Pixabay.

środa, 27 marca 2019

Brexit – nieustający coraz nudniejszy serial

  Czy się to komuś podoba, czy nie, to naczelnym tematem w Europie w ostatnim czasie jest kwestia opuszczenia przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej. Mnie to zagadnienie jedynie średnio interesuje, choć martwię się o to jak w wypadku faktycznego wyjścia WB z UE będą wyglądały zakupy na brytyjskim e-bayu?

Jako historyk z wykształcenia uważam, że doprowadzenie do referendum i brexitu przez klasę rządzącą w WB w czerwcu 2016 r.  było jedną z najbardziej niefortunnych decyzji jakie podjęto w Europie po 1945 r. Uważam, że brexit przyniesie wiele szkody w Europie i na świecie, bo osłabi zarówno WB jak i UE. Oczywiście WB jest krajem na tyle zorganizowanym i bogatym, że przetrzyma to odseparowanie się od reszty Europy, ale czy przetrzymanie było głównym celem ludzi, którzy do niego doprowadzili? Moim zdaniem - na pewno nie.

Według różnych danych brexit był skutkiem kilku kluczowych czynników: 1) historycznej chęci WB do izolacji i przedkładania interesu własnego nad inne, 2) propagandy antyeuropejskiej przedstawicieli kapitału spekulacyjnego i wielkich monopolistów, 3) knowań rosyjskiego wywiadu (a może i amerykańskiego) zmierzającego do osłabienia konkurencji Unii Europejskiej, 4) pozyskania przez zwolenników brexitu najmniej świadomych i wykształconych grup brytyjskiego społeczeństwa, w tym ludzi starszych zmęczonych napływem do ich kraju obcokrajowców (w tym Polaków) i nadal wierzących w mocarstwową pozycję WB. Poniżej moje odpowiedzi – oczywiście maksymalnie skrócone -  na te kluczowe kwestie.

Wielka Brytania w ciągu dziejów wielokrotnie ujawniła się jako kraj nie przebierający w środkach aby jedynie jej interes był na pierwszym miejscu. Z tego powodu nie zawahała się zbudować pierwszych w dziejach obozów koncentracyjnych dla ludności cywilnej podczas wojny burskiej, doprowadzić we współpracy z Francją i Rosją do I wojny światowej, czy sprzedać krajów Europy Wschodniej Stalinowi w końcowej fazie II wojny światowej.

Wielki kapitał spekulacyjny w WB nie był zadowolony z coraz większych regulacji rynku finansowego w EU, co nasiliło się zwłaszcza po światowym kryzysie finansowym w 2008 r. Ludzie wielkiej finansjery byli niezadowoleni z tego faktu i widząc, że nie zanosi się na zmianę poluzowania dla nie w pełni transparentnych operacji finansowych w UE postanowili poprzeć ideę brexitu. Jednym z nich był Nigel Farage znany głównie jako szef eurosceptycznej Partii Niepodległości, ale wcześniej prowadzący ożywioną działalnością maklerską o charakterze spekulacyjnym. Z kolei przykładem wielkiego monopolisty, który poparł brexit jest Rupert Muroch będący głównym graczem na globalnym rynku mediów i mający za tym pośrednictwem znaczący wpływ na poglądy milionów ludzi. Jemu nie spodobały się plany UE zmierzające do ukrócenia nieograniczonej władzy wielkich przedsiębiorstw monopolistów bogacących się kosztem milionów zwykłych ludzi.

Z kolei ciche i bardzo sprytne działania Rosjan popierających brexit wynikały z chęci osłabienia UE, a przy okazji także WB, oczywiście wszystko to we własnym interesie. Przeważnie odbywało się to poprzez dwulicową propagandę w mediach społecznościowych, ale także przez rosyjskich miliarderów na stałe mieszkających w WB i dysponujących niektórymi brytyjskimi mediami i klubami piłkarskimi. Pośrednio osłabienie UE było też na rękę Stanom Zjednoczonym, gdyż w ostatnich latach wyrosła ona na globalnego konkurenta Ameryki w świecie – przynajmniej w gospodarce.

Zwolennicy brexitu za pośrednictwem mediów i kłamliwej propagandy przedstawiali WB jak o kraj opanowany przez obcych, przez co pobudzali nacjonalistyczne zapatrywania części ludności. Było to szczególnie łatwe w grupie brytyjskiego lumpenproletariatu, a więc osób najmniej wykształconych, często o szowinistycznym podejściu do innych ludzi, za to żyjących z zasiłków i nie przyjmujących do wiadomości faktu globalizacji i konieczności podołania międzynarodowej konkurencji w różnych dziedzinach. Dla tej grupy głównym wrogiem stali się nagle przyjezdni pracowni z Europy Wschodniej, a zwłaszcza Polacy. Napływ obcych, a także tęsknota za dawnym imperium była głównym motywem poparcia idei brexitu przez starsze pokolenie.

Wszyscy oni jakby nie przyjmowali do wiadomości, że świat się znacząco zmienił przez ostatnie 100 lat i dawne kolonie brytyjskie w Azji Wschodniej, np. Indie są już nie tylko państwami samodzielnymi, ale zaczęły dążyć do osiągnięcia statusu mocarstw światowych. Faktycznie taki status już osiągnęły Chiny, z którymi muszą liczyć się nawet takie dawne potęgi jak USA.

Rządzący od dłuższego czasu w WB konserwatyści zamiast zdusić w zarodku te niebezpieczne tendencje sami zaczęli je podsycać licząc na wzrost notowań własnej partii. Te ich egoistyczne plany doprowadziło to do wspomnianego referendum i decyzji o wyjściu WB z UE. Jednak jak widać brytyjskiej elicie politycznej jakoś nie spieszy się do tego wyjścia, bo ciągle go przeciągają. Powodem tego jest fakt, że nie spodziewała się ona, że aż tak źle na tym wyjdzie jak to się praktyce rysuje. Nie spodziewała się też tak dużej solidarności pozostałych krajów tworzących UE. Ale trudno się dziwić – każdy z krajów jaki w niej pozostał ma wiele do stracenia. Godne uwagi jest też masowe poparcie wielu milionów bardziej wykształconych i świadomych Brytyjczyków dla pozostania ich kraju w UE.

Myślę, że najlepiej by było dla wszystkich, gdyby WB opuściła UE, nawet jak ona i UE poniosą na tym szkodę, bo inaczej brexitowcy, a za nimi rozwścieczeni nacjonaliści z różnych krajów będą uważali, że UE faktycznie nie można opuścić nawet jakby jakiś kraj chciał to zrobić. Dla tych ludzi UE jest nowym wcieleniem ZSRR, a to jest oczywista nieprawda.

Uważam, że rozpad UE doprowadził by w Europie do nowej wojny rozpętanej przez nacjonalistów z różnych tworzących obecnie Europę krajów, kraików i pomyłek historii. Wszyscy oni mają tak sprzeczne interesy że nie ma siły na świecie, która by je pogodziła. To smutne, że przez kilkadziesiąt lat od II wojny światowej Europa wychowała pokolenie ludzi marzące o jej powtórzeniu.

Foto pochodzi z portalu Pixabay.

Dobre słowo od polskiej prawicy na Boże Narodzenie

  Jezus Żydem! Puknij się w czoło ty lewacka kurwo! Jesus is a Jew! Knock yourself on the forehead, you leftist whore!