czyli moje jedynie słuszne poglądy na każdy temat
wtorek, 20 sierpnia 2019
Jastrzębie-Zdrój Bzie – nieczynna stacja kolejowa
Znacząca część mojej młodości szkolnej i studenckiej upłynęła mi na dojazdach pociągami do szkoły a następnie na studia. W tamtym czasie zawsze punktem dojścia i przyjścia był dworzec kolejowy w Bziu, a dokładniej w Jastrzębiu-Zdroju Bziu.
Dworzec ten przetrwał do naszych czasów i znajduje się w pobliżu dawnego punktu skupu artykułów rolnych, a także niedaleko dużego skrzyżowania łączącego ulicę Pszczyńską, prowadzącą z Pawłowic do Jastrzębia-Zdroju, z ul. Niepodległości (dawniej Karola Świerczewskiego) prowadzącą w głąb Bzia. W rejonie tego skrzyżowania w okresie PRL powstało coś w rodzaju „mini dzielnicy przemysłowej” obejmującej bazy samochodowe i inne zakłady. Oczywiście obecnie po niej nie ma nawet śladu. W ich dawnych lokalizacjach powstały za to nowe małe przedsiębiorstwa.
Samo Bzie (niem. Goldmannsdorf) jest dawną wsią powstałą jeszcze w średniowieczu, a obecnie sołectwem wchodzącym od 1975 r. w skład miasta Jastrzębie-Zdrój. Wcześniej wieś wchodziła w skład powiatu pszczyńskiego, a potem wodzisławskiego.
Zachowany do chwili obecnej budynek dworca kolejowego w Bziu oddano do użytku 1 VI 1911 r. wraz z uruchomieniem odcinka kolei żelaznej na linii Pawłowice Śląskie – Jastrzębie-Zdrój. Linia ta była przedłużeniem istniejącej od 1884 r. linii kolejowej łączącej Orzesze z Żorami i Pawłowicami (doprowadzona w 1910 r.). Linię tę przedłużono w 1913 z Jastrzębia do Wodzisławia Śląskiego.
Głównym celem otwarcia tej linii kolejowej biegnącej przez Bzie była chęć ułatwienia dojazdu do rozbudowywanego uzdrowiska w Jastrzębiu-Zdroju (niem. Bad Königsdorff-Jastrzemb). Dodatkowym celem Niemców decydujących o jej uruchomieniu były też względy propagandowe mające pokazać mieszkającej tutaj większości ludności polskiej, że władze niemieckie dbają nie tylko o tereny przemysłowe, ale także rolnicze (rejon ten był wówczas prawie wyłącznie rolniczy).
Pierwotnie uruchomiono tutaj tylko jeden tor na potrzeby przewozów pasażerskich i towarowych. W okresie po 1945 r. rozbudowano sieć torowisk, głównie na potrzeby przewozów węgla z powstałych wówczas w okolicznych kopalń. W 1984 r. dokonano elektryfikacji linii kolejowej na odcinku od Pawłowic do Jastrzębia-Zdroju, a tym samym także stacji w Bziu. Odtąd kursował tutaj dość nowoczesny jak na tamte czasy elektryczny skład pociągu. To właśnie nim dojeżdżałem na studia do Katowic. Najczęściej z przesiadką w Pawłowicach i Orzeszu. Jedynie kilka pociągów dziennie (chyba dwa lub najwyżej trzy) miało bezpośrednie połączenie z Katowicami nie wymagające przesiadek.
Na przełomie lat 80. i 90. nadal bywałem na stacji w Bziu, przy czym wówczas podróżowałem na trasie Gliwice-Bzie, gdyż od 1988 r. na stałe zamieszkałem w Gliwicach. Nawet w czasach niemieckich ruch kolejowy na tym odcinku był słaby, w okresie lat 20.-30. sytuacja jeszcze się pogorszyła z powodu podziału Górnego Śląska (Gliwice były w Niemczech, a Jastrzębie-Zdrój w Polsce). Ten stan przełożył się także na okres po 1945 r., stąd nawet wówczas kursowały na tej linii tylko dwa lub trzy pociągi dziennie.
Linia kolejowa na odcinku Pawłowice Śląskie – Jastrzębie-Zdrój została zamknięta z dniem 18 II 2001 r. Od tego czasu stacja w Bziu stopniowo podupadała i zarastała dziką zielenią. Przed jej kompletną dewastacją ochronili ją byli pracownicy kolei mieszkający w budynku stacyjnym. Niestety, same perony prawie do tego stopnia zarosły krzewami i trawą, że zatraciły swój pierwotny wygląd. Te panoszące się chwasty i samosiejki są dość przygnębiającym obrazem upadku dworca w Bziu.
Jak już na początku wspomniałem, w dzieciństwie i młodości mieszkałem w Bziu (a dokładniej w Bziu Górnym) stąd przez wiele lat chodziłem na tę stację w celu dojazdu do szkoły zawodowej (1978-1981), potem technikum (1981-1984) w Żorach, a w końcu na studia do Katowic (1984-1987).
Na przełomie lat 70. i 80. zawsze rano przed budynkiem stacyjnym i na peronach kłębił się tłum młodzieży i dorosłych dojeżdżających do szkół i pracy. W większości ruch dotyczył dojazdu do Pawłowic Śląskich - i dalej w kierunku na Cieszyn (tam głównie młodzież do szkół), lub do Żor i Orzesza. Głównym i docelowym, miejscem dojazdu dla większości pasażerów były jednak Żory, gdzie młodzież dojeżdżała do szkół średnich a dorośli do licznych istniejących tutaj wówczas zakładów (ZWUS, Peberow, Fadom). Jedną z osób pracujących w kasie biletowej na stacji w Bziu była matka pewnej dziewczyny, z którą potem chodziłem na studia.
W okresie zimy a także podczas deszczu pasażerowie skwapliwie chronili się przed zimnem i deszczem w poczekalni dworcowej. Pamiętam jak niekiedy rozmawiałem z moimi kolegami ze szkoły podstawowej, a wówczas uczniami różnych szkół średnich w Cieszynie na tematy interesujące młodych. Niektórzy z tych kolegów np. Eugeniusz G. już nie żyją. Jak wielu innych odszedł przedwcześnie z powodu problemów z alkoholem.
Gdy byłem małym dzieckiem, czyli na początku lat 70. XX w., na trasie przez Bzie, jeździły wyłącznie archaiczne wagony pamiętające czasy przedwojenne z drewnianymi siedzeniami i napędzane starymi typami parowozów. Pamiętam to, gdyż niekiedy jeździłem takimi składami z babcią do krewnych w Jastrzębiu-Zdroju lub Wodzisławiu. Pomimo upływu lat także w latach 1978-1984 parowozy nadal królowały na tej linii jako główny środek pociągowy. Jedynie niekiedy jeździły na niej lokomotywy spalinowe. Natomiast zmianie uległy wagony, w tym czasie były to już nowoczesne wagony piętrowe z miękkimi siedzeniami.
Pamiętam jak na przełomie lat 70 i 80. gdy rano wsiadałem do jednego z takich wagonów, podczas dojazdów do szkoły lub na praktykę, to słyszałem dość głośno grającą muzykę. Puszczał ją z magnetofonu kasetowego firmy Thompson jeden z młodych ale już pracujących pasażerów. Były to modne wówczas nagrania disco, w tym głównie Boney M., Eruption itp. Także marzył mi się taki magnetofon i było mi bardzo przykro, że Rodzice nie chcieli mi takiego urządzenia kupić. I choć był to sprzęt już wówczas przestarzały, baterjożerny i zawodny to jednak nadal drogi, zwłaszcza jak na możliwości finansowe ucznia jakim byłem.
W trakcie jazdy stali pasażerowie zawsze jechali grupkami i zabawiali się rozmowami lub grą w karty. Niekiedy też jakaś grupa uczniów urządzała sobie wagary polegające na jeżdżeniu bez głębszego celu przez cały dzień od stacji początkowej do końcowej danej linii. W naszym wypadku była to najczęściej podróż z Bzia do Orzesza a następnie jazda do Jastrzębia-Zdroju lub Wodzisławia Śląskiego i powrót do stacji początkowej. Ja także raz dałem się namówić na takie kolejowe wagary.
W trakcie tej jazdy razem z kilkoma innymi kolegami zabijaliśmy czas rozmowami, grą w karty. W trakcie podróży wzmacnialiśmy się bułkami z pasztetem i tanimi oranżadami zakupionymi podczas postojów w dworcowych bufetach. Oczywiście była to moja słodka tajemnica, bo Rodzice nie byliby zachwyceni takim obrotem spraw. Niektórzy z tych moich ówczesnych kolegów zbyt dosłownie wzięli sobie do serca takie „kolejowe wycieczki” i inne atrakcje, stąd kilu z nich nigdy nie skończyło szkół do jakich chodzili.
Na fotografiach widać dworzec kolejowy w Bziu z różnych stron, od odnogi ul. Niepodległości (dawniej Karola Świerczewskiego) prowadzącej do budynku dworcowego, a także od strony torów kolejowych. Jedna z fotografii pokazuje zarośnięte dziką zielenią nieczynne od dawna perony.
czwartek, 4 lipca 2019
Świat jest iluzją a jego postrzeganie zleży od punktu widzenia
"Wszystko co słyszymy jest opinią, nie faktem. Wszystko co widzimy jest punktem widzenia, nie prawdą".
To słowa Marka Aureliusza bardzo dobrze opisujące to, jak postrzegamy świat. A każdy widzi na tym świecie, to co chce widzieć, co dobrze ilustruje ta dołączona do tego postu iluzja rysunkowa. Czy widzimy w niej cztery, czy trzy deski zależy tylko i wyłącznie od punktu widzenia: ci z lewej widzą cztery, a ci z prawej - trzy deski.
czwartek, 16 maja 2019
Google+ - wspomnienie członka nieistniejącej sieci
Google+ to serwis społecznościowy firmy Google LCC
istniejący od 28 VI 2011 do 2 IV 2019 r. Występował on także pod nazwami:
Google Plus lub G+. Stworzono go jako alternatywę dla Facebooka i faktycznie przez
pewien czas był on drugim największym tego rodzaju serwisem na świecie. Problem
polegał na tym, że portal ten nie pozyskał dla siebie zbyt wielu
zwolenników. W czerwcu 2018 r. należało do niego ok. jedynie 111 mln członków,
gdy w tym czasie Facebook miał ok. 2,2 mld aktywnych członków. Jeszcze większym
problemem G+ było to, że był on portalem „martwych dusz”, a więc osób które
jedynie zarejestrowały się na nim, ale nie były jego aktywnymi członkami. Ja
osobiście lubiłem ten portal, bo z wielu względów bardziej odpowiadał mi niż
np. Facebook, ale moje preferencje nie miały znaczenia w globalnej ocenie tego
serwisu.
Aktywnym uczestnikiem Google+ stałem się w październiku 2015
r. Do października 2018 r. dokonałem na tym portalu kilkuset wpisów a także
pozyskałem 195 obserwatorów. To niebyt wiele zważywszy na fakt, że niektórzy z
moich rozmówców mieli nawet po 1500 obserwatorów. Mnie nie zależało aż na
takiej ilości stąd wielu osób, pomimo zaproszeń z ich strony, nie dodawałem do
„obserwowanych”.
Z tych moich 195 obserwatorów tak naprawdę utrzymywałem jako
taki kontakt z ok. 10 osobami. Byli to ludzi z Polski i innych krajów, kobiety
i mężczyźni w różnym wieku. Przeważnie te osoby na obserwacji których mi
najbardziej zależało, to byli fani muzyki i jej kolekcjonerzy. Z kolei kobiety
to były głównie miłośniczki architektury, pejzaży, kwiatów i życia codziennego
lub też ludzie szukający jedynie rozrywki w komunikacji z innymi osobami.
Najbardziej ceniłem sobie przynależność do zamkniętego kręgu
What's in your music collection? („Co nowego w twojej kolekcji muzycznej?”)
grupującego kolekcjonerów fizycznych nośników dźwięku. Założył go i zasady jego
działania ustalił Brytyjczyk Phil Aston. Przez trzy lata publikowałem tam co
tydzień jedną zawsze najbardziej nową płytę jaką kupiłem. Najbardziej aktywnym
uczestnikiem tej grupy – poza mną – byli: Phil Ashton (miłośnik klasycznego
rocka), Charlie White (miłośnik czarnych brzmień i jazzu), Even Spot (wielki
miłośnik Alice’a Coopera), Aaron Thompson (miłośnik klasycznego rocka). W tej
grupie jedynie ja i Even Spot byliśmy zwolennikami płyt CD, reszta zbierała
głównie płyty winylowe. Charlie White także kupował niekiedy płyty CD, ale z
reguły były to wyszukane wydania Delux Editon lub też specjalne wydania kompaktowe
o podwyższonej jakości dźwięku np. wykonane w technice SACD. Przez pewien czas
aktywnym uczestnikiem tego forum był też Diego Carmago zbierający klasykę
rocka, w tym także płyty polskich wykonawców, a także Black QuickSand –
miłośnik Black Sabbath i hard rocka lat 60. i 70.
Z Black QuickSand niekiedy dyskutowałem a
nawet należałem do stworzonego przez niego forum „Hard&Heavy 60s 70s 80s”.
Black był mniej więcej w moim wieku mieszkał w USA i miał jakieś tam bliżej
niesprecyzowane polskie korzenie. Widać też było, ze jest dość religijny. Dobre
relacje miałem też z Hiszpanem, czy może Baskiem Roberem Etxebarria który udzielał
się głównie nie na forum „Siete Pulgades [7”]” i zbierał winyle i single
winylowe. Przeważnie była to nieznana mi muzyka rockowa z Hiszpanii, głównie
punkowa i nowofalowa.
Inne osoby z którymi niekiedy wymieniałem się poglądami o
muzyce i bieżących sprawach to: Andrzej N., Radek R., Janusz Sz., Bartosz G.. Z
kolei z osobą występująca pod pseudonimem Amadeusz (poezja, erotyka)
dyskutowałem niekiedy o sprawach ogólnych.
Natomiast jedynie nawzajem lajkowałem się z następującymi
osobami: Nefertiti Scott (prezentacja swojej osoby), Ercambu (? – grafika
komputerowa), Rayka Bg (Bułgaria – prezentacja swojej osoby), Władimir Dunajew
(muzyka), NexNexNex (Polska – patrotyzm, lotnictwo, marynarka), Doka Doka
(Serbia – krajobrazy, architektura), Mark DeMartino (muzyka), Leon Night
(muzyka), Roberto Pereira (muzyka), James Anderson (muzyka), Odbitka Próbna
(fotografia), ben sam (różne tematy), votoja cz (krajobrazy Czech, kolej),
Jakaminen A (progresywny rock), Wanda R-K (różne tematy), Hasio Sznup (tematy
śląskie), Olga Rosa Marna (tematy czeskie i feministyczne), Dalia (architektura
i zwyczaje z Izraela), Ognjen Dukić (krajobrazy Serbii i byłej Jugosławii), Ana
Pinto de Barros (muzyka i tematy żydowskie), Władimir Szestenkow (muzyka), Aleksej
Slencow (muzyka), Anita Grey (muzyka), William Carmago (krajobrazy Kolumbii),
Terese Dudek (przypadkowe tematy, Racibórz), Martin Muemken (muzyka), Justy
Smith (black metal), Ar-paeZong (muzyka), Diane Beckett (krajobrazy).
Podobnie do innych tego rodzaju serwisów znajomości zawierane za pośrednictwem G+ były w większości dość powierzchowne. Uczestnicy tej platformy przeważnie nie byli szczerzy wobec siebie i często unikali podania nawet swoich prawdziwych danych osobowych. Jak więc mieć zaufanie do kogoś, kto nie chce nawet powiedzieć jak się nazywa? Ale to także problemy innych portali społecznościowych. Ludzie cieszą się, że mają a nich wielu przyjaciół, gdy faktycznie nie mają tam nikogo na kim można by polegać a już zwłaszcza liczyć na pomoc w trudnej sytuacji.
Podobnie do innych tego rodzaju serwisów znajomości zawierane za pośrednictwem G+ były w większości dość powierzchowne. Uczestnicy tej platformy przeważnie nie byli szczerzy wobec siebie i często unikali podania nawet swoich prawdziwych danych osobowych. Jak więc mieć zaufanie do kogoś, kto nie chce nawet powiedzieć jak się nazywa? Ale to także problemy innych portali społecznościowych. Ludzie cieszą się, że mają a nich wielu przyjaciół, gdy faktycznie nie mają tam nikogo na kim można by polegać a już zwłaszcza liczyć na pomoc w trudnej sytuacji.
Google+ było świadome nikłego zainteresowania swoim
portalem, stąd od pewnego czasu go nie rozwijało. Przypuszczalnie te
zaniedbania doprowadziły do luki w zabezpieczeniach, z powodu których w latach
2015-2018 doszło w nim do wycieku danych osobowych na niespotykaną skalę. Ujawniony
skandal przyspieszył decyzję o zamknięciu portalu, co ogłoszono w październiku
2018 r. Pierwotnie planowano to na lato 2019 r., ale ostatecznie nastąpiło to
już z dniem 2 IV 2019 r.
Foto pochodzi z portalu Pixabay.
środa, 27 marca 2019
Brexit – nieustający coraz nudniejszy serial
Czy się to komuś podoba, czy nie, to naczelnym tematem w
Europie w ostatnim czasie jest kwestia opuszczenia przez Wielką Brytanię Unii
Europejskiej. Mnie to zagadnienie jedynie średnio interesuje, choć martwię się
o to jak w wypadku faktycznego wyjścia WB z UE będą wyglądały zakupy na
brytyjskim e-bayu?
Jako historyk z wykształcenia uważam, że doprowadzenie do
referendum i brexitu przez klasę rządzącą w WB w czerwcu 2016 r. było jedną z najbardziej niefortunnych
decyzji jakie podjęto w Europie po 1945 r. Uważam, że brexit przyniesie wiele
szkody w Europie i na świecie, bo osłabi zarówno WB jak i UE. Oczywiście WB
jest krajem na tyle zorganizowanym i bogatym, że przetrzyma to odseparowanie
się od reszty Europy, ale czy przetrzymanie było głównym celem ludzi, którzy do
niego doprowadzili? Moim zdaniem - na pewno nie.
Według różnych danych brexit był skutkiem kilku kluczowych
czynników: 1) historycznej chęci WB do izolacji i przedkładania interesu
własnego nad inne, 2) propagandy antyeuropejskiej przedstawicieli kapitału
spekulacyjnego i wielkich monopolistów, 3) knowań rosyjskiego wywiadu (a może i
amerykańskiego) zmierzającego do osłabienia konkurencji Unii Europejskiej, 4)
pozyskania przez zwolenników brexitu najmniej świadomych i wykształconych grup
brytyjskiego społeczeństwa, w tym ludzi starszych zmęczonych napływem do ich
kraju obcokrajowców (w tym Polaków) i nadal wierzących w mocarstwową pozycję
WB. Poniżej moje odpowiedzi – oczywiście maksymalnie skrócone - na te kluczowe kwestie.
Wielka Brytania w ciągu dziejów wielokrotnie ujawniła się
jako kraj nie przebierający w środkach aby jedynie jej interes był na pierwszym
miejscu. Z tego powodu nie zawahała się zbudować pierwszych w dziejach obozów
koncentracyjnych dla ludności cywilnej podczas wojny burskiej, doprowadzić we
współpracy z Francją i Rosją do I wojny światowej, czy sprzedać krajów Europy
Wschodniej Stalinowi w końcowej fazie II wojny światowej.
Wielki kapitał spekulacyjny w WB nie był zadowolony z coraz
większych regulacji rynku finansowego w EU, co nasiliło się zwłaszcza po
światowym kryzysie finansowym w 2008 r. Ludzie wielkiej finansjery byli
niezadowoleni z tego faktu i widząc, że nie zanosi się na zmianę poluzowania
dla nie w pełni transparentnych operacji finansowych w UE postanowili poprzeć
ideę brexitu. Jednym z nich był Nigel Farage znany głównie jako szef
eurosceptycznej Partii Niepodległości, ale wcześniej prowadzący ożywioną działalnością
maklerską o charakterze spekulacyjnym. Z kolei przykładem wielkiego
monopolisty, który poparł brexit jest Rupert Muroch będący głównym graczem na
globalnym rynku mediów i mający za tym pośrednictwem znaczący wpływ na poglądy
milionów ludzi. Jemu nie spodobały się plany UE zmierzające do ukrócenia
nieograniczonej władzy wielkich przedsiębiorstw monopolistów bogacących się
kosztem milionów zwykłych ludzi.
Z kolei ciche i bardzo sprytne działania Rosjan
popierających brexit wynikały z chęci osłabienia UE, a przy okazji także WB,
oczywiście wszystko to we własnym interesie. Przeważnie odbywało się to poprzez
dwulicową propagandę w mediach społecznościowych, ale także przez rosyjskich
miliarderów na stałe mieszkających w WB i dysponujących niektórymi brytyjskimi
mediami i klubami piłkarskimi. Pośrednio osłabienie UE było też na rękę Stanom
Zjednoczonym, gdyż w ostatnich latach wyrosła ona na globalnego konkurenta
Ameryki w świecie – przynajmniej w gospodarce.
Zwolennicy brexitu za pośrednictwem mediów i kłamliwej
propagandy przedstawiali WB jak o kraj opanowany przez obcych, przez co
pobudzali nacjonalistyczne zapatrywania części ludności. Było to szczególnie łatwe
w grupie brytyjskiego lumpenproletariatu, a więc osób najmniej wykształconych,
często o szowinistycznym podejściu do innych ludzi, za to żyjących z zasiłków i
nie przyjmujących do wiadomości faktu globalizacji i konieczności podołania
międzynarodowej konkurencji w różnych dziedzinach. Dla tej grupy głównym
wrogiem stali się nagle przyjezdni pracowni z Europy Wschodniej, a zwłaszcza
Polacy. Napływ obcych, a także tęsknota za dawnym imperium była głównym motywem
poparcia idei brexitu przez starsze pokolenie.
Wszyscy oni jakby nie przyjmowali do wiadomości, że świat
się znacząco zmienił przez ostatnie 100 lat i dawne kolonie brytyjskie w Azji
Wschodniej, np. Indie są już nie tylko państwami samodzielnymi, ale zaczęły
dążyć do osiągnięcia statusu mocarstw światowych. Faktycznie taki status już
osiągnęły Chiny, z którymi muszą liczyć się nawet takie dawne potęgi jak USA.
Rządzący od dłuższego czasu w WB konserwatyści zamiast
zdusić w zarodku te niebezpieczne tendencje sami zaczęli je podsycać licząc na
wzrost notowań własnej partii. Te ich egoistyczne plany doprowadziło to do
wspomnianego referendum i decyzji o wyjściu WB z UE. Jednak jak widać brytyjskiej
elicie politycznej jakoś nie spieszy się do tego wyjścia, bo ciągle go
przeciągają. Powodem tego jest fakt, że nie spodziewała się ona, że aż tak źle
na tym wyjdzie jak to się praktyce rysuje. Nie spodziewała się też tak dużej
solidarności pozostałych krajów tworzących UE. Ale trudno się dziwić – każdy z
krajów jaki w niej pozostał ma wiele do stracenia. Godne uwagi jest też masowe
poparcie wielu milionów bardziej wykształconych i świadomych Brytyjczyków dla
pozostania ich kraju w UE.
Myślę, że najlepiej by było dla wszystkich, gdyby WB
opuściła UE, nawet jak ona i UE poniosą na tym szkodę, bo inaczej brexitowcy, a
za nimi rozwścieczeni nacjonaliści z różnych krajów będą uważali, że UE faktycznie
nie można opuścić nawet jakby jakiś kraj chciał to zrobić. Dla tych ludzi UE
jest nowym wcieleniem ZSRR, a to jest oczywista nieprawda.
Uważam, że rozpad UE doprowadził by w Europie do nowej wojny
rozpętanej przez nacjonalistów z różnych tworzących obecnie Europę krajów,
kraików i pomyłek historii. Wszyscy oni mają tak sprzeczne interesy że nie ma
siły na świecie, która by je pogodziła. To smutne, że przez kilkadziesiąt lat
od II wojny światowej Europa wychowała pokolenie ludzi marzące o jej
powtórzeniu.
Foto pochodzi z portalu Pixabay.
środa, 20 lutego 2019
WC kryzys!
Czy tego chcemy, czy nie, to nasza codzienność zdominowana
jest przez banalność życia, w tym przez potrzeby fizjologiczne. Z tego powodu łazienka,
a zwłaszcza WC to jedno z koniecznych każdemu człowiekowi pomieszczeń i
urządzeń. Oczywiście nie dotyczy to Wielkiego Przywódcy w Korei Północnej,
który załatwia swoje potrzeby fizjologiczne w inny sposób. Podobnie może być
także z pozostałymi wielkimi kreatorami naszej rzeczywistości co rusz skrzącymi świetlanymi myślami.
Jednak, choć WC jest w każdym domu, to chętnych na chwalenie się osiągnięciami w jego użytkowaniu nie ma prawie wcale. Postanowiłem zmienić ten stan rzeczy i opisać poważny kryzys jaki wybuchł w naszej rodzinie z powodu ostatniej awarii WC.
Jednak, choć WC jest w każdym domu, to chętnych na chwalenie się osiągnięciami w jego użytkowaniu nie ma prawie wcale. Postanowiłem zmienić ten stan rzeczy i opisać poważny kryzys jaki wybuchł w naszej rodzinie z powodu ostatniej awarii WC.
W domu mamy dwie łazienki i ubikacje: na dole domu (główna)
i na piętrze (pomocnicza). Muszlą klozetową o strategicznym znaczeniu dla
domowników i gości jest ta na dole domu. Uruchomiliśmy ją po dużym remoncie
naszego mieszkania dokładnie 20 lat temu, a więc ma ona już swój wiek. Ale tak
samo jak drogowcy zimą, a rząd na co dzień, nie byliśmy przygotowani na to, że
nagle się zepsuje.
A nie powinniśmy się temu dziwić, bo już wcześniej były pewne
niepokojące symptomy świadczące o awarii tego kluczowego w każdym domu punktu.
Objawiało się to w postaci pojawiającej się w łazience, nie wiadomo skąd wody. Ale najczęściej winnym tego stanu rzeczy oskarżano mnie jako czołową domową kaczkę
chlapiącą się wannie. Nic nie mówiłem, bo w sumie to prawda, ale trochę mnie to
dziwiło, bo po kąpieli zawsze skrupulatnie wycierałem rozlaną wodę. Gdy
przedstawiłem dowody swej niewinności w tej sprawie, oskarżenie padło na
naszego syna, który kąpał się zawsze po mnie.
Ostatnio miałem wolny dzień w pracy i rano smacznie sobie
jeszcze spałem, gdy do naszej sypialni weszła moja Lepsza Połowa (wstaje
najczęściej wcześniej ode mnie). Przechodząc przez sypialnię, w drodze do naszej łazienki na górze domu
powiedziała mi, że na dole zepsuła się ubikacja i nie można z niej korzystać.
To wpłynęło ożywczo na moją osobę i natychmiast wstałem aby zapoznać się z
problem o jakim zostałem poinformowany. Przy tej okazji dodam, że naprawiania
instalacji wodnych szczerze nie cierpię, np. bojlerów, zaworów, rur itp.
badziewia, z którego ciągle coś cieknie pomimo uszczelniania i dokręcania.
Oczywiście od razu też poszedłem do naszej dolnej łazienki aby
sprawdzić co się dokładnie stało. Niestety mój ogląd potwierdził fakt zepsucia
się uszczelek i zaworów w spłuczce przez co woda przeciekała na łazienkę, czego
wcześniej wraz z żoną nie zauważyliśmy. Wkrótce wyszły na mnie zimne poty, bo
stanąłem przed koniecznością odpowiedzi na pytanie: jak to cholerstwo naprawić?
Nakręcony adrenaliną zjadłem szybkie śniadanie, jak zwykle
na bazie warzyw i kawy zbożowej i przystąpiłem do naprawy owej spłuczki. Postanowiłem
zrobić to sam, bo przecież mam swoją godność i tym sposobem mogę udowodnić
swoją przydatność jako głowa rodziny. Ponadto robiąc tę naprawę samemu
zaoszczędzę pieniądze na fachowca, którego zresztą nie było na bliskim
horyzoncie.
Pierwszym etapem tej naprawy był demontaż uszkodzonych elementów.
Zgodnie z instrukcją dostaną od żony zdemontowałem też deskę klozetową, aby
przy tej okazji kupić nową, bo stara nie była już estetyczna. Przy demontażu
spłuczki i deski klozetowej oczywiście skaleczyłem się w palce, głównie z
powodu nietypowych mocowań tych elementów. Dzięki temu zdobyłem pierwsze krwawe
rany na froncie walki z naszym WC.
Zaopatrzony w zepsute elementy udałem się do sklepu sieci
„Obi” w pobliskim Zabrzu, aby na ich wzór kupić potrzebne części, a następnie
przy ich pomocy naprawić nasze WC. W sklepie tym byłem już o jakiejś 8.15 co
zagwarantowało mi brak kolejek i konkurencji ze strony innych klientów. Na
miejscu okazało się, że moja stara ubikacja jest wysoce nietypowa (dolne
odprowadzanie do kanalizacji, itp.), dlatego nie można do niej dokupić części
zamiennych. Generalnie gadka była taka: „Panie, to stary typ. Teraz już takich
nie produkują”.
Byłem bardzo zły, że nie mogę kupić brakujących elementów
wyposażenia spłuczki, bo tylko to było uszkodzone. Ale w sumie to typowa sytuacja, że człowiek
coś kupuje, wtedy sprzedawcy mówią mu jakie to nowoczesne i cudowne, a za parę
lat, na ten sam przedmiot plują
twierdząc, że to przestarzały model i oni pierwszy raz w życiu widzą
takie dziadostwo!
W zaistniałych okolicznościach zostałem zmuszony do kupienia nowego
kompaktowego WC. Byłem bardzo zły, bo chciałem wymienić tylko uszkodzone elementy w spłuczce i jako bonus dodać sobie nową deskę klozetową, a musiałem kupić pełne nowe WC. Jedynym pocieszeniem był fakt,
że akurat sklep dostał znacznie rzadsze kompaktowe modele misek klozetowych i spłuczek z dolnym odprowadzaniem nieczystości tzw.
warszawskie i jeszcze dodatkowo – jako nietypowe - były w promocji.
Kupiłem to wszystko i przywiozłem do domu, ale postanowiłem już nie
podejmować się przeinstalowania całości, aby nie zrobić szkód większych niż już
powstałe. Moja dobrowolna rezygnacja z bycia mistrzem hydrauliki zmusiła mnie
do poproszenia o pomoc sąsiada, który jest moją prywatną „złotą rączką” do
wszelkich awarii. Sąsiad przyszedł do mnie pod wieczór po pracy i zamontował
moje nowe WC. Ciekawe ile lat będzie działało ono bezawaryjnie? Mam nadzieję,
że jednak dłużej niż obecne prawicowo-nacjonalistyczne rządy w
Polsce czy Izraelu.
Najbardziej bolesnym w całej tej sytuacji, oprócz moich pokaleczonych palców było to, że z powodu tej awarii nasze ciężko zaoszczędzone kilkaset zł poszło się paść do lasu na bezkresnych łąkach kapitalistycznego wyzysku.
Najbardziej bolesnym w całej tej sytuacji, oprócz moich pokaleczonych palców było to, że z powodu tej awarii nasze ciężko zaoszczędzone kilkaset zł poszło się paść do lasu na bezkresnych łąkach kapitalistycznego wyzysku.
W załączniku foto zdewastowanej łazienki z portalu Pixabay.
piątek, 25 stycznia 2019
Smog dusi także w Gliwicach
Tegoroczny styczeń był znacznie bardziej mroźny niż w kilku
poprzednich latach. Ludzie więc więcej grzali w piecach, a także dogrzewali się
grzejnikami elektrycznymi. W każdym razie na pewno był to jeden z powodów
wzrostu zanieczyszczenia powietrza zwłaszcza na południu Polski, w tym także w
Gliwicach.
Wraz ze zwiększonym ogrzewaniem domów nastąpiło także
znaczące zwiększenie zanieczyszczenia i tak już bardzo zanieczyszczonego
powietrza w woj. śląskim. Oczywiście to nie jedyne powody tak drastycznego
wzrostu tego zanieczyszczenia, bo w większości generuje go przemysł, a
zwłaszcza elektrownie węglowe i samochody.
W każdym razie w ostatnich dniach, czyli w mijającym
tygodniu tygodniu (21-25 stycznia 2019 r.) urządzenia pomiarowe odnotowały po raz kolejny na
Śląsku i w Małopolsce znaczące stężenie w powietrzu niebezpiecznych substancji
o charakterze toksycznym.
Przykładowo na początku tygodnia czujnik w Gliwicach
przekraczał 512% dopuszczalnej normy (129 µg/m3) dla stężenia pyłów PM2,5 w
powietrzu, natomiast aż 612% (306 µg/m3) dla pyłów PM10. Podobne przekroczenia
norm (lub większe odnotowano także w pobliskich miastach: w Rybniku o 789% (dla pyłów PM2,5), w Bytomiu o 444%, Katowicach o 550%, a Bielsku Białej o
633% normy.
Pył PM2,5 to aerozol atmosferyczny czyli innymi słowy pył
zawieszony o średnicy do 2,5 µm uznany przez Światową Organizację Zdrowia za
najbardziej szkodliwy dla zdrowia człowieka spośród wszystkich innych
zanieczyszczeń atmosferycznych. Wdychanie tego pyły powoduje nasilenie astmy,
trudności z oddychaniem, osłabia czynności płuc a także zatruwa nasz system
krwionośny, bo toksyny te wraz z powietrzem dostają się bezpośrednio do naszego
krwioobiegu. To zepsute przez te toksyny powietrze powoduje trudności w oddychaniu,
infekuje nasz organizm, osłabia go prowadząc do
chorób płuc, zawału serca, udaru mózgu, czyli prowadzi do skrócenia naszego i tak już dość marnego życia.
Na koniec dodam, że Gliwice są na 17 pozycji miast o
najbardziej zanieczyszczonym powietrzu w Polsce. Pobliskie Zabrze jest na 13 pozycji
tej niesławnej listy, a Katowice na 14 pozycji. Na 50 najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie, aż 36 znajduje się Polsce.
Od pewnego czasu władze ostrzegają ludność przed tym
zatrutym powietrzem, ale faktycznie nadal mało robią, aby radykalnie rozwiązać
ten problem. Ludziom każą chodzić do pracy i być w pełni aktywnymi i
kreatywnymi, kiedy człowiek dosłownie dusi się z braku tlenu. Natomiast w żaden sposób nie rekompensują ludziom chorym kosztów leczenia z powodu życia w krainie intensywnego zagrożenia toksykologicznego.
Foto pochodzi z portalu Pixabay.
poniedziałek, 31 grudnia 2018
Program TVP w okresie PRL (30 XII 1988 do 5 I 1989 r.)
Niektórzy ludzie wspominają z nostalgią okres
PRL i ówczesnej telewizji – jak to niby była ona dobra. To oczywiście kłamstwo
powstałe na fali nostalgii za własną młodością i urojonymi a nie faktycznymi
twardymi danymi. W okresie PRL istniały tylko dwa ogólnodostępne programy
telewizyjne: TVP 1 i TVP 2. Oba z nich miały więcej niż skromną ofertę
programową. Jedyne z czym można je porównać, to z obecną państwową telewizją
północnokoreańską, w której bieda goni kłamstwo i tanią propagandę.
Tymczasem w obecnej „polskiej nędzy” widzowie
mają do wyboru do oglądania aż 28 programów telewizyjnych dostępnych w ramach
ogólnodostępnej cyfrowej telewizji naziemnej DVB-T. Pogrupowano je w czterech multipleksach
tematycznych.
W skład pierwszego multipleksu (MUX 1)
wchodzą następujące programy:
TTV, Polo TV, 8 TV, ATM Rozrywka, TV
Trwam, TVP ABC, Fokus TV, Stopklatka TV.
W skład drugiego multipleksu (MUX
2) wchodzą następujące programy:
Polsat, Polsat Sport News, TVN, TVN7,
TV Puls, TV Puls 2, TV4, TV6.
W skład trzeciego multipleksu (MUX 3)
wchodzą następujące programy:
TVP1 HD, TVP2 HD, TVP Info, TVP 3
(Regionalna), TVP Kultura, TVP Rozrywka, TVP Historia, TVP Polonia.
W skład ósmego multipleksu (MUX 8)
wchodzą następujące programy:
Metro TV, Zoom TV, Nowa TV, WP1.
Jak z tego widać ilość programów
telewizyjnych wzrosła z 2 do 28,
a więc o 1300 procent. Ale istotny jest nie tylko sam
ten wzrost, ale także znacząca poprawa jakości technicznej i programowej tej
telewizji.
Pod względem technicznym telewizja
okresu PRL nieustannie borykała się z różnymi zakłóceniami odbioru podczas
których wyświetlana była tablica „Przepraszamy za usterki. Za chwilę dalszy
ciąg programu”. Drugą zmorą tego okresu były częste w niektórych rejonach kraju
przerwy w dostawie energii elektrycznej co skutecznie uniemożliwiało jej odbiór
większości pechowcom mieszkającym w takim rejonie. Ja na pewno należałem do
takich pechowców, a 20 stopień zasilania była dla mnie codziennością.
Z powodu marnej oferty programowej nigdy nie
byłem zbytnim miłośnikiem Telewizji Polskiej okresu PRL. Wolałem czytać książki
lub słuchać muzyki z Polskiego Radia. To radio także zresztą miało bardzo skromną ofertę
programową.
Także obecnie nie należę do wielkich
miłośników telewizji, bo to co jest w niej serwowane, a zwłaszcza w telewizji
państwowej woła o pomstę do Nieba. Denerwuje mnie np. to, że w ramach tzw.
misji muszę oglądać nieustające programy publicystyczne z udziałem zaproszonych
gości, czyli polityków, z których ust płyną coraz to nowe kłamstwa.
Albo zmuszą się mnie do oglądania niezliczonych
ilości różnych seriali, z których niektóre są tak idiotyczne, że zastanawiam
się Kto jest głupszy: Ci co to nakręcili, czy Ci którzy to oglądają? Przezornie
więc praktycznie nie oglądam telewizji, choć ciągle płacę ten ukryty haracz w
postaci abonamentu.
Tym nie mniej choćby nie wiem jak oceniał źle
obecną telewizję ogólnodostępną (państwową i prywatną), to w porównaniu z
okresem PRL i ówczesną telewizją państwową jest ona dosłownie o lata świetlne
przed nią pod każdym względem.
Doskonale obrazuje ten stan program
telewizyjny z tygodnia Ekran sprzed 30 lat, a dokładniej w okresie sylwestrowym
i noworocznym na przełomie 1988 i 1989 r. (od 30 XII 1988 do 5 I 1989 r.). Jak
widać z lektury tego programu TVP oferowała w Sylwestra bardziej niż nędzną
ofertę filmową: w TVP 1 starą ramotkę „Deszczowa piosenka” z 1952 r. (o godz.
20.30) oraz telewizyjny western z 1984 r. pt. „Wyciągnij broń” (o godz. 2.05).
Dwa równie przeciętne filmy oferowała TVP 2: australijski obraz „W blasku
słońca” (o godz. 22.20) i francuski film „Klub pokrewnych dusz” (o godz. 0.05).
Władza zadbała więc o to, żeby nie trzeba było bezmyślnie gapić się w telewizor,
a dobrze bawić się na Sylwestra.
Tak nawiasem mówiąc na Sylwestra 2018/2019 r.
mamy w telewizji publicznej do wyboru aż 15 w filmów na różnych kanałach. Są to
większości obrazy stosunkowo nowe i ciągle atrakcyjne dla widza. W tej grupie
znalazło się wiele komedii m.in. „Rybka zwana Wandą”, „Dziennik Bridget Jones”,
„Jak ugryźć 10 milionów”, ale także m.in. thriller sci-fi „”Kula” i western
„Prawdziwe męstwo”.
Ogólnie rzecz biorąc w TVP okresu PRL nie
serwowano zbyt wielu filmów zachodnich, aby uchronić nas przed zgnilizną
kapitalizmu a programy rozrywkowe realizowano wyłącznie przy udziale rodzimych
gwiazd, aby było bardziej swojsko i po polsku. W ramach rozwoju intelektualnego
mogliśmy też zobaczyć wiele filmów obecnie niedostępnych na naszych ekranach, głównie
radzieckich, kazachstańskich itp.
Po jego przeczytaniu tego programu niech się
każdy dobrze zastanowi nad tym, co się pamięta, i co się chce pamiętać, a tym co
było faktycznie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Dobre słowo od polskiej prawicy na Boże Narodzenie
Jezus Żydem! Puknij się w czoło ty lewacka kurwo! Jesus is a Jew! Knock yourself on the forehead, you leftist whore!
-
Fragment niemieckiej mapy rejonu Pisza (Johannisburg) z widokiem rejonu Schlagakrug (Bemowo Piskie). Widać że z powodów utajnienia koszar ...
-
Koledzy z mojego pokoju, od lewej do prawej stoją: Witold K., Marek Sz., Ryszard P., Wojciech Sz., Ja, czyli Damian R. od lewej do prawej ...
-
Ja, jako przestraszony rekrut, czyli "młode wojsko" do przysięgi Ja, jako "stare wojsko", co koszar się nie boi O ty...









